Świat się zmienia, pisz wspomnienia: Tylko jedna historia

Alicja Barwicka

Tak się od pewnego czasu dzieje, że moja dotychczasowa wiedza zdobywana podczas rodzinnych opowieści, a dotycząca losów mojej rodziny w ostatnim stuleciu, zaczyna podlegać jednokierunkowej weryfikacji przez nieznane mi bliżej media, organizacje, towarzystwa, fundacje i podobne instytucje. Chociaż od dziecka słuchałam opowiadań dziadków o tym, jak przebiegał proces germanizacji w wielkopolskich szkołach, chociaż tłumaczono mi odwetowy mechanizm łapanek urządzanych przez Niemców na ulicach polskich miast podczas II wojny światowej, to teraz coraz częściej słyszę, że Polacy wywołali już chyba kilka wojen światowych, a przynajmniej mieli w tym swój niechlubny udział, że nie było na mój kraj żadnej agresji (ani niemieckiej, ani rosyjskiej) w odstępie 17 dni w pamiętnym wrześniu 1939 roku, a w niemieckich obozach zagłady nie ginął prawie nikt poza Żydami (nawet jeśli ci Żydzi byli obywatelami Rzeczpospolitej). Co ciekawe, pojawiają się co rusz silne medialnie opinie, że te obozy były przecież polskie, w najgorszym razie nazistowskie.

Te zupełnie różne obrazy każą mi szczegółowo przyjrzeć się losom mojej rodziny, bo chociaż w babcinych opowieściach nigdy nie padło słowo „nazista”, a terminologia narodowościowa  (Niemcy, Rosjanie) jaką się posługiwano była bardzo konkretna, to może cała moja wyniesiona z domu rodzinnego wiedza jest nic niewarta?

Rodzina, jakich wiele …

Moja rodzina, tak jak wiele innych polskich rodzin, ma swoje własne liczne historie dokumentujące rzeczywisty obraz wydarzeń w czasach niemieckiej okupacji polskich ziem podczas II wojny światowej, ale przytoczę tylko jedną z nich.

Moja babcia ze strony mamy miała liczne rodzeństwo, bo aż siedem sióstr i dwóch braci. Sama też nie była gorsza, bo urodziła siedmioro dzieci, w tym dwóch synów, jednak los nie był łaskawy dla chłopców w tej rodzinie i żaden z nich nie dożył przynajmniej średniego wieku. Za to dziewczynki (zarówno siostry, jak i córki babci) nawet bardzo niebezpieczne życiowe zakręty starały się pokonywać i chociaż nieraz mocno poobijane, zazwyczaj dawały radę i wychodziły na prostą. Te niebezpieczne życiowe zakręty nie omijały żadnej z nich, ale na losie niektórych odcisnęły szczególnie trwały ślad.

Zdjecie 1 Halinka pod koniec 1942 roku500

Halinka pod koniec 1942 roku

Kiedy wybuchła II wojna światowa, Halinka, będąca piątym z kolei dzieckiem moich dziadków i zarazem środkową siostrą (miała dwie starsze i dwie młodsze siostry), miała tylko 5,5 lat i razem z całą swoją rodziną mieszkała w Bydgoszczy. Jej dotychczasowe dzieciństwo przebiegało spokojnie i beztrosko. Była otoczona miłością, starsze siostry – wówczas już nastolatki – traktowały ją trochę jak swoją żywą maskotkę, natomiast najstarszy, prawie już dorosły brat – obdarowywał ją i jej dwie młodsze siostry ukochanymi lalkami.

IMG 20200622 0001660

Młodsze siostry Halinki z lalkami, Bydgoszcz 1942 r.

Początek koszmaru

W dniach 3-4 września 1939 roku ojciec rodziny wraz z najstarszym synem brali udział w walkach podczas bydgoskiej „krwawej niedzieli”. W następstwie tych wydarzeń w mieście rozpoczęły się masowe łapanki, aresztowania i egzekucje cywilnej ludności polskiej dokonywane przede wszystkim przez żołnierzy Wehrmachtu i funkcjonariuszy Einsatzgruppen. Pierwsza publiczna egzekucja 20 cywilów odbyła się na bydgoskim Starym Rynku 9 września. Spędzonych Polaków jeszcze przed egzekucją bito kolbami, zmuszano do padania i wstawania oraz stania godzinami z podniesionymi rękami.

Niemal natychmiast po rozpoczęciu okupacji Bydgoszczy władze niemieckie podjęły szereg działań mających na celu całkowitą germanizację miasta oraz uzmysłowienie Polakom, iż stanowić będą odtąd warstwę społeczną podporządkowaną Niemcom i przeznaczoną wyłącznie do wykonywania prac fizycznych. Już 11 września 1939 r. zakazano właścicielom sklepów, restauracji i zakładów rzemieślniczych pozostawiania na widoku publicznym napisów w języku polskim. W całym mieście Niemcy przejmowali należące do Polaków apteki i gabinety lekarskie, a w październiku 1939 r. wprowadzono w sklepach i urzędach nakaz obsługiwania Niemców poza kolejnością, przy czym równocześnie zakazano formowania kolejek przed sklepami (bo przecież staliby w nich tylko Polacy). Pierwsze, jeszcze nieskoordynowane formy represji przekształcały się stopniowo w zorganizowaną akcję eksterminacyjną, której celem była likwidacja polskiej elity politycznej, naukowej, kulturalnej i wojskowej. Pretekstem do aresztowań, wywózki do obozów koncentracyjnych (głównie do Dachau) i egzekucji mogło być nawet podejrzenie o udział w wydarzeniach bydgoskiej „krwawej niedzieli”.

W tej sytuacji ojciec rodziny, który w dodatku był powstańcem wielkopolskim, musiał się ukrywać. W domu pozostała babcia z sześciorgiem dzieci, przy czym najmłodsza córka miała raptem 5 miesięcy. Jednym z pierwszych posunięć okupanta wydanym już w październiku 1939 roku było objęcie Polaków przymusem pracy. Szybko więc aparat władz okupacyjnych zajął się trójką najstarszych, nastoletnich dzieci i tak najstarszy syn trafił do wielohektarowego gospodarstwa rolnego w okolicy Szczecina, szesnastoletnia Basia – do pracy w charakterze służącej u niemieckiej rodziny w Elblągu, a najmłodsza z tej trójki, piętnastolatka, do pracy fizycznej w wymiarze 12 godzin dziennie w bydgoskiej fabryce obuwia „Leo”. Ciężka, ponad siły praca fizyczna, złe warunki bytowe, odłączenie od rodziny i nieznajomość języka (przynajmniej na początku) odbiły się głęboko na zdrowiu i kondycji rodzeństwa. Chłopiec zmarł po dwóch latach, w listopadzie 1941 roku. Babcia wspierana zwłaszcza żywnościowo przez rodziny swoich sióstr starała się ochronić pozostałe dzieci. Dziadek (z miejsca ukrycia) organizował pomoc przez zaprzyjaźnione rodziny. Było ciężko.

Początki edukacji

W styczniu 1942 roku Halinka skończyła 8 lat. Naukę rozpoczęła przed rokiem w domu pod okiem mamy, przedwojennej nauczycielki. Nie mogła uczęszczać do polskiej szkoły, ale dla polskich dzieci dostępna była nauka w zakresie podstawowym w niemieckojęzycznych szkołach powszechnych. To Heinrich Himmler w dokumencie z 15 maja 1940 roku zaproponował, aby na okupowanych przez Niemców terenach Polski pozostały jedynie czteroklasowe szkoły powszechne, oczywiście niemieckojęzyczne. Program nauczania obejmował dzieci od 9. do 12. roku życia, jednakże nauka nie wykraczała raczej poza 2 godziny lekcyjne dziennie. Uczono podstaw arytmetyki, podstaw pisania, ale przede wszystkim wpajano zasadę posłuszeństwa ludności polskiej wobec Niemców. Zgłoszenie dziecka do tego typu szkoły było kontrolowanym przez władze obowiązkiem rodziców. Powód tego przepisu miał charakter ekonomiczny, ponieważ szkoła była doskonałym sposobem prowadzenia ewidencji dzieci polskich, które po 12. roku życia można było wykorzystać do przymusowych robót. Taki zresztą obowiązek dla dzieci powyżej 12. roku życia wprowadziły władze Rzeszy ustawą obowiązującą od czerwca 1941 roku.

Halinka nie znała języka niemieckiego, a podwórkowe informacje pochodzące od dzieci, które już coś o szkole wiedziały, rodziły lęk. Bała się pójścia do szkoły, ale jesienny termin rozpoczęcia edukacji szkolnej w 1942 roku musiał przecież nadejść. Nikt się jednak nie spodziewał, że będą mu towarzyszyć szczególnie dramatyczne okoliczności.

Nieszczęścia zawsze chodzą w grupach

Jakby wszystkich dotychczasowych problemów było mało, na początku 1942 roku, nie mogąc odnaleźć ukrywającego się zbiegłego po wydarzeniach „krwawej niedzieli” ojca rodziny, zaaresztowano jego żonę, a ponieważ nie wyjawiła miejsca ukrywania się męża, otrzymała wyrok skazujący i została osadzona w więzieniu we Wronkach.

Dokument potwierdzajacy uwiezienie mamy660

Dokument potwierdzający uwięzienie mamy

W domu zostały zupełnie same cztery dziewczynki, przy czym najmłodsza nie miała jeszcze trzech lat. Opiekę miała zapewnić piętnastolatka, bywająca w domu jedynie w nocy, bo 12-godzinny dzień pracy w fabryce obuwia wykluczał inny harmonogram domowego pobytu. Zawiadomiono zesłaną na roboty do Elbląga najstarszą Basię. Na szczęście niemiecka gospodyni zrozumiała powagę sytuacji i udzieliła dziewczynie kilku dni wolnego od pracy. Basia była już prawie pełnoletnia, więc oczekiwano od niej rozwiązania problemu. Oczywiście nie miała pojęcia, co robić, zwłaszcza że dotychczas miała zawsze oparcie w zmarłym 3 miesiące wcześniej najstarszym bracie. Gdyby nie wróciła do Elbląga i tak nie mogłaby zostać w domu, bo ucieczka z miejsca przymusowej pracy wiązała się z najsurowszymi represjami. W obliczu trudnego zadania podjęła decyzje, które uważała za słuszne w tej ciężkiej sytuacji. Najmłodszą siostrę przekazała na czas nieobecności mamy pod opiekę rodzicom chrzestnym, przedostatnią – niespełna pięcioletnią zawiozła do zaprzyjaźnionej rodziny w Kutnie, ale nie miała niestety pomysłu, co zrobić z ośmioletnią Halinką, więc pozostawiła ją samą pod opieką sąsiadek.

I tak ośmiolatce zawalił się dotychczasowy świat. Miała bardzo konkretną wiedzę, że: tata się ukrywa, mama jest w więzieniu (bardzo się tego wstydziła, bo dobrze wiedziała, że w więzieniu siedzą złodzieje i bandyci), najstarsza siostra, na której pomoc liczyła – wyjechała, chociaż przedtem zdążyła zadbać o los najmłodszych dziewczynek, natomiast jej, Halinki, po prostu nikt już nie chce, więc musi zostać sama. Co prawda na noc wracała do domu jedna z jej starszych sióstr, ale była wówczas zawsze zmęczona po pracy i nie chciała słuchać dziecięcych skarg. Z każdym dniem narastało poczucie odepchnięcia przez bliskich, wyobcowania, niepewności jutra i ciągłego zagrożenia. Sąsiadki zapewniały trochę jedzenia, ale przecież wszystkim w tym czasie było ciężko. Co pewien czas do domu na kilka godzin przyjeżdżała Basia, przywoziła trochę żywności, nieraz jakąś zabawkę (niestety dostarczanie przez brata lalek dawno się skończyło), zabierała na spacer, łagodziła lęk, obiecywała, że niedługo wszyscy do domu wrócą i będą razem. Wszystkie te spotkania zawsze jednak trwały zbyt krótko.

Halinka z Basia paxdziernik 1942 400

Halinka z Basią w październiku 1942 r.

Do czego służy szkoła?

Nastała jesień 1942 roku. Halinka musiała pójść do szkoły. Obowiązywał tzw. przymus szkolny, nie było wyjścia. Co prawda na uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego była z nią Basia, więc chociaż sama nic nie rozumiała, czuła się bezpiecznie. Ale potem trzeba było do szkoły chodzić samodzielnie. Nie było opiekunów. Po latach, w 2013 roku tak pisała o doświadczeniach pierwszych dni w szkole: Wspomnienie pierwszego dnia w niemieckiej szkole. Jesień 1942. Dzieci chodzą do szkoły i mówią – biją! Boję się. Wychodzę rano niby do szkoły i gdzieś się błąkam pół dnia. Któregoś rana żandarm wziął mnie za rękę i zaprowadził do szkoły. Klasa, dzieci, wysoki nauczyciel. Postawił mnie przed sobą i coś powiedział. Zrozumiałam jeden wyraz – hende (pewno ręce do góry – skojarzenie z hände hoch), więc podniosłam ręce do góry. Uderzył mocno, jeszcze raz to samo i jeszcze raz to samo. Płakałam. Odwrócił mnie do klasy i jeszcze raz powtórzył polecenie, a dzieci założyły ręce do tyłu. Zrozumiałam.

wsp Halinki 1943 k1000

Wojenna uczennica300

Wojenna uczennica

Koszmar ośmiolatki trwał. Była teraz osamotniona również w szkole. Starała się zapamiętać jak najwięcej niemieckich słów, ale niewiele to pomagało. Dzieci ją co najwyżej ignorowały. Próbowała im zaimponować. Miała w domu jeszcze z czasów przedszkolnych sukienkę, którą uważała za najpiękniejszą na świecie, ponieważ tuż przed wybuchem wojny, w czerwcu 1939 roku w tej właśnie sukience grała główną rolę w przedszkolnym przedstawieniu i pamiętała, jaki odniosła wówczas wspaniały aktorski sukces. Teraz w dobie strasznej samotności nie mogąc skorzystać z rady kogoś zaufanego i równocześnie licząc na zachwyt klasowych koleżanek, założyła pewnego dnia tę wspaniałą sukienkę do szkoły. Została „zabita śmiechem”.

Przedszkolny sukces aktorski Halinki Czerwiec 1939 na zdjeciu z Basi500

Przedszkolny sukces aktorski Halinki, czerwiec 1939 r. Na fotografii z Basią

Przedwojenna historyczna sukienka500

Przedwojenna historyczna sukienka

Co prawda ostatecznie nigdy się nie poddała, a potrzeba bycia „najlepszą germanistką” towarzyszyła jej zawsze. Chociaż ukończyła studia polonistyczne, to w swoich licznych kontaktach zawodowych i towarzyskich na płaszczyźnie międzynarodowej zawsze posługiwała się perfekcyjnie językiem niemieckim i wyraźnie czerpała satysfakcję z pochwał nad tą umiejętnością. Nie ulega jednak kwestii, że przeżycia, jakich musiała doznać podczas pierwszych miesięcy pobytu w niemieckiej szkole, odbiły się na jej psychice bardzo głęboko, a ze wspomnieniami o poczuciu odepchnięcia przez wszystkich nie uporała się do końca życia.

#

Chociaż w tej historii nikt do nikogo nie strzelał, to i tak widać, jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja ziem polskich podczas II wojny światowej. Ta mała polska dziewczynka dopiero po wojnie dowiedziała się, że również w jej rodzinie Niemcy jednak do Polaków strzelali lub pozbawiali ich życia w inny sposób (Stanisław Kowalski został zakatowany kijami na placu apelowym obozu Mathaussen-Gusen 12 lutego 1940 roku, a Jan Klukaczyński – rozstrzelany 4 lipca 1944 roku). Myślę, że prawie każda polska rodzina przechowuje w pamięci wiele ważnych dla następnych pokoleń konkretnych faktów i wydarzeń, które doskonale dokumentują prawdę dotyczącą tych nie tak znowu odległych lat pierwszej połowy XX wieku. A skoro już mówimy o tak wielu polskich rodzinach, to może właśnie ten silny przekaz naszych własnych rodzinnych wydarzeń i historii powinien stanowić o jednoznacznej podstawie wobec prób narzucania cudzej interpretacji naszych polskich losów.

Trzy najmlodsze siostry z mama pazdziernik 1944 rok500

Trzy najmłodsze siostry z mamą. Październik 1944 r.

Alicja Barwicka
okulistka
siostrzenica bohaterki artykułu

Fotografie z archiwum rodzinnego autorki

GdL 6_2020