Wrażliwość i medycyna

Rafał Stadryniak = @Grypa

Początek pod psem

z PIeSKIEMmini

Nasz Doktor miał pieski tydzień i nie chodziło tu na pewno o psa rasowego. Najpierw załapał 5 punktów i 300 zł mandatu za wymuszenie pierwszeństwa w przyłączaniu się do ruchu. Oczywiście z naprzeciwka jechał samochód policyjny, a w środku policjant z koleżanką w mundurze. Dzień później przeżywał wraz z pacjentem pogryzionym przez psa jego perypetie związane najpierw z doprowadzeniem właściciela do jego psa (właśnie tak), a potem psa do weterynarza.

Wszystkie gryzące psy są u nas bezpańskie, a jedynie przez czystą złośliwość przystawiają się do konkretnego gospodarza i skomlą, gdy ich nie wpuścić. Jak doktor usłyszał z ust pogryzionego, został on standardowo zapewniony, że „pies nie gryzie”, po czym pies mógł już spokojnie zabrać się za to, co umie najlepiej, oprócz obsikiwania nogawek ma się rozumieć. Pacjent jest listonoszem, bardzo przejętym do tego całą tą sytuacją. Nic dziwnego. Nerwowo gestykulował, wracał co chwila, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiał zalecenia doktora. W końcu Nasz Doktor począł dopatrywać się zaczątków piany w kącikach ust pogryzionego. No może było tej piany trochę, troszeczkę, tyle co kot napłakał. Nasz Doktor też kiedyś został pogryziony przez radosnego wilczura, który pewnie nie słyszał, że jak ktoś stoi słupka i nie ucieka, to się go nie gryzie. Gdy pogryziony do woli młodociany Nasz Doktor dowlókł się do domu, to jeszcze dostał w skórę za to, że dał się pogryźć. Taka wtedy była tradycja.

Pieska seria trwała w najlepsze. Następnego ranka osobista wyżlica, wydelikacona i rozpieszczona, dostała biegunki. Niby nic, ale wieczorem wyskamlała sobie pozostanie w garażu… Doktor zacisnął zęby i ugryzł się przy tym w język, żeby nie puścić solidnej wiązki, która niestety i tak się wyrwała. Było tam trochę o psach i wszystko o sukach. Przy okazji okazało się, że do psa nikt w rodzinie się nie przyznaje. Żona powiedziała nawet sakramentalne: „nie znam tego psa”. Junior oderwał na chwilę zmącony wzrok od ekranu laptopa i rzucił przez ramię: „to my mamy psa?”. Dopiero posprzątawszy co nieco Doktor zorientował się, że został wpuszczony w maliny. Nigdy nie karmił zwierzęcia, a wyglądało na to, że nie żałowano mu karmy. Kim byli owi karmiciele?

Znajomi, koledzy i przyjaciele

W pracy jak u starego Hitchcocka: straszna zagadka goni zagadkę, a wszyscy pacjenci pod napięciem. „Nic to, odpocznę sobie na dyżurze”, pomyślał Nasz Doktor i dodał: „muszę być twardy”. Wiedział, że musi być jednocześnie wrażliwy i twardy, żeby wszystkich zadowolić, a samemu nie wystawić się do bicia. Właściwie to cokolwiek by się nie zrobiło, to człowiek się wystawia – taka praca.

Autorytetem dla Naszego Doktora był kolega Nie-z-tych. Ten przydomek zawdzięczał szlacheckiemu nazwisku, które jednak nie pochodziło od znanej magnackiej familii, tylko tak dokładnie nie wiadomo skąd. Znajomi okazali się bezlitośni, doklejając mu ironiczny herb-pseudonim. Nasz Doktor prosił kolegę, by kiedyś podszkolił go trochę w asertywności. Mimo dramatycznych nalegań w stylu „ucz mnie, mistrzu” Nie-z-tych pozostał obojętny, oszczędzając energię na płeć piękną, pośród której siał zamęt i był tego świadomy.
Nie-z-tych, zwany przez przyjaciół Johnnym N., być może od nazwy pewnej whisky, do której aż piszczał, był dzisiaj w świetnym nastroju, który udzielił się Naszemu Doktorowi. Johnny z powodzeniem mógł brać grube pieniądze za propagowanie drogich ciuchów, markowego obuwia i ryzykownych zachowań, był bowiem urodzonym lanserem, a tylko przez przypadek trafił na medycynę. Był autorem nieskończonej liczby powiedzonek i pewnym przepisem na rewelacyjną zabawę oraz pożeraczem lub raczej konsumentem serc niewieścich.

Z owym kultowym już kolegą wiązał Nasz Doktor pewne wspomnienie, które nauczyło go pokory i dystansu do własnych osądów. Doktor miał teorię, którą właśnie dyskutował z innym kolegą. Teoria dotyczyła ukrytej wrażliwości Nie-z-tycha, takiej wrażliwości zupełnie nienachalnej, lecz prawdziwej, szczerej i głęboko ukrytej. Nasz Doktor przekonywał ze swadą, że arogancja i bezczelna postawa kultowego kolegi wynika właśnie z wewnętrznej niepewności, a może nawet z jakichś kompensowanych kompleksów. W toku ożywionej dyskusji wpadł Przedmiot Rozważań z typową dla siebie bezceremonialnością i przywitał się chwytem z kravmagi, dodajmy bolesnym. Nasz Doktor postanowił kuć żelazo, póki gorące.
– Czy ty jesteś wrażliwy? – zwrócił się do Nie-z-tycha, który, zaskoczony pytaniem, zaprzestał wykręcania ręki kolegi, po czym wypalił:
– Na co q... wrażliwy?
No cóż, pewna teoria legła w gruzach. Może jeszcze metaanalizy ją potwierdzą, pocieszał się Nasz Doktor.
Tymczasem Nie-z-tych ulotnił się, zostawiając delikatny zapach drogich perfum i pokrzywkę na ręce poszkodowanego. Dobrze, że pacjenci tego nie widzą, bo to bardzo szanowany doktor. W pracy jest pewnie grzeczny, jak już wyszaleje się na kolegach i pobałamuci koleżanki, za ich entuzjastyczną zgodą, ma się rozumieć.
Nasz Doktor zaczął rozmyślać o powołaniu lekarskim i parytetach na uczelniach, które przyjmowały po równo kobiety i mężczyzn. Teoretycznie bardziej empatyczne i współczujące są kobiety, które mają macierzyństwo i inne treningi wrażliwości. Ale sam test wstępny na uczelnie medyczne preferuje mózgi chłodne i nieulegające odruchom serca.

Pacjentka ekskluzywna

Takimi i innymi myślami zabawiał się Nasz Doktor, aż niepostrzeżenie znalazł się na dyżurze. Już pierwsza pacjentka stanowiła duże wyzwanie dla delikatnej strony osobowości lekarza.
Doktor postanowił zmierzyć jej ciśnienie; zresztą to było i tak nieuniknione. Jeśli lekarz robi jakikolwiek ruch w stronę pacjenta, ten odruchowo wyciąga odsłonięte ramię jak do pomiaru ciśnienia. Trzeba to po prostu przyjąć do wiadomości i zachować czujność, żeby nie nadziać się na nokautujący prosty podbródkowy.

Obecna w pokoju badań pacjentka była w ogóle jakaś inna. Oprócz typowego podbródkowego, ma się rozumieć. Lekko najeżona, rękę też podsunęła ze zgiętą kiścią, jakby po wielkopańsku. „Szykuje się niezła jazda”, zdążył pomyśleć Nasz Doktor i zaczęło się. Najeżona ze zbolałą miną pozwoliła założyć sobie mankiet na ramię, po czym w miarę pompowania dał się słyszeć coraz głośniejszy syk. Nasz Doktor sprawdził, czy to nie mankiet przepuszcza, ale nie, pełna szczelność. Przestał pompować – syczenie ustało. Dopuścił powietrza – rozległ się głośniejszy syk. Ciśnieniomierz pokazywał 130/80. Doktor stłamsił emocje i jak najnormalniej w świecie zapytał, dlaczego pacjentka syczy podczas badania. „A wie pan, jak to boli?”

„O żesz, właśnie trafiłem na ekskluzywną pacjentkę, o niskim progu pobudliwości na działania medyczne.” Doktor znał ten typ, niestety. Profilu dopełniały: niezadowolenie ze wszystkich działań lekarskich, żądanie natychmiastowego wyleczenia oraz ekskluzywny, zupełnie odwrotny efekt wszystkich leków. Objawiało się to wzrostem ciśnienia po lekach hipotensyjnych, nasileniem bólu po środkach przeciwbólowych i objawy uboczne ukazujące się w kolejności alfabetycznej, jak na ulotce. Aż dziw bierze, że tacy nieszczęśnicy chcą się jeszcze leczyć. Trzeba to docenić. Tymczasem zbliżył się do najeżonej coraz bardziej ze stetoskopem. „Teraz będzie ostra jazda” zdążył pomyśleć i jak na żądanie zaczęło się syczenie i prychanie. „No tak, znowu nie podgrzałem słuchawek w mikrofalówce.”

Po takim treningu wrażliwości reszta dyżuru przemknęła jak szalona.

Dzień jak co dzień

Następnego dnia w pracy Nasz Doktor był zgaszony i nieobecny duchem. Normalnym ludziom wolno czasem sobie pozwolić na takie fanaberie, ale od lekarza oczekuje się pełnego profesjonalizmu. Nasz Doktor wziął się w garść i spokojnie oraz metodycznie zabrał się do pracy. Dzisiejsi chorzy generalnie zmówili się po różne zaświadczenia. Wypełnianie druczków do MOPS-u, do sanatorium, na rehabilitację z dotacją. Trafił się też jeden rodzynek na płatne „orzeczenie dla kierowców”. Zjawiła się też młoda pacjentka po „wszystkie badania” przed planowanym w klinice zabiegiem zamykania laserowego pajączków na udach. Nie kryła, że płaci podatki, finansuje służbę zdrowia i oczekuje, że raz w roku należy jej się komplet badań.
– Ja się chcę leczyć, a pan mi utrudnia. Przychodzę do was raz w roku i odmawia mi się.

Pacjentka miała ten defekt, że nie znała pojęcia „kulturalna odmowa”. Gdy w końcu opuściła gabinet w stanie najwyższego wzburzenia, nasz doktor delikatnie opadł na krzesło. Tymczasem do gabinetu wślizgnęła się pielęgniarka, przynosząc bieżącą korespondencję, a w niej rachunki za badania biochemiczne oraz usg i rtg. Doktor ukrył twarz w dłoniach i zapłakał. Niestety. Pacjenci, którym z oczywistych powodów odmówił nienależnych badań, znaleźli sobie „locus minoris resistentiae” u kolegów, którzy badania zlecili.

Nasz Doktor jednak nie potrafił działać inaczej. Co by było, gdyby wszyscy zaczęli się bawić w Dobrą Wróżkę Badaniową?
I tak trudno opędzić się od znajomych, którzy usiłują się zaprzyjaźnić z lekarzem tylko po to, by za chwilę przychodzić po badania, które „przydałoby się zrobić, bo w tym roku jeszcze żadnych nie było”. Ci pacjenci, właściciele warsztatów samochodowych, sklepów, fachowcy różnej maści przy okazji dostawania badań polecali śmiało swoje usługi, jednak nie było mowy o bezpłatności lub choćby zniżce. Nasz Doktor to rozumiał. Wszak nie mógł zmusić nikogo do promocji tylko dlatego, że jest lekarzem. Sam nie mógł uciec przed przymusowymi jednostronnymi przyjaźniami… Pewien poważny doktor do dzisiaj nie może przeboleć, że budując dom, wyłożył na dach tyle materiałów, że starczyłoby na dwa dachy. I starczyło. Fachowiec też człowiek, też chce się pobudować.

Specyfiką kontaktów z fachowcami było traktowanie lekarzy jak dzieci we mgle i serwowanie im zawyżonych cen, z kosmosu, oraz zapewnianie, że na pewno się dogadamy i nieśmiertelne: będzie pan zadowolony.
Zaprzątnięty takim myślami nasz doktor prawie nie zauważył, kiedy do gabinetu wparował Nie-z-tych, w całej swej męskiej okazałości. Wniósł do gabinetu niebanalny zapach perfum i wigor obcy większości lekarzy. Ponadto był wrażliwy. Nasz Doktor nie mógł tak łatwo zrezygnować ze swojej hipotezy i postanowił, że jeszcze tak podejdzie Johnnego Nie-z-tycha, że ten objawi się w całej swej wrażliwości.

Niestety. Kolejne wspólne wyjazdy rekreacyjne uparcie nie potwierdzały karkołomnej tezy o wrażliwości, a nawet wracając z bardzo męczącej wycieczki sam Johnny usiłował wybić ją Doktorowi z głowy, sadowiąc się tuż za nim i waląc go co jakiś czas pustą butelką po coli. Fakt że starał się robić to w takt muzyki aż dudniło. „Odgłos głuchy, bo butelka pusta”, usiłował racjonalizować sytuację Doktor, czekając na kolejne razy. I za co to wszystko, czyżby za ową wrażliwość? :)

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen