Odcinek dla dorosłych, czyli Nasz Doktor obserwuje w sobie dziecko

Rafał Stadryniak = @Grypa

Cogito mini

Praca w POZ jest bardzo różnorodna, co by nie mówili koledzy z zakonu szpitalników. No wiecie: wszystkie zwierzęta małe i duże… Różnorodność jest tak wielka, że w jednej chwili wyciągasz kleszcza, który utknął komuś w majtkach, a już za chwilę walczysz z zaparciem seniora po lekach antyhalucynogennych. W międzyczasie ktoś usiłuje naciągnąć cię na wydanie zaświadczenia o wyraźnie widocznej ciąży, „bo przecież widać, tylko pieczątka potrzebna, o tutaj”, a przy okazji jesteś nagabywany o papier stwierdzający przeciwwskazanie do zapinania pasów bezpieczeństwa. Tak po starej znajomości. Nawiasem mówiąc, cała znajomość polega na naciąganiu na różne zaświadczenia.

Nasz Doktor przetarł kułakiem opadające powieki i powiedział głośno, ale w myślach, powtarzając trzy razy: inni być może mają gorzej, inni być może mają gorzej, inni...
Kto to owi inni? Ano różni. Na przykład Urzędnicy, którym petenci usiłują nieporadnie wejść na głowę, nie wiedząc zgoła, że Urzędnik państwowy pracuje od – do i w ściśle wyznaczonych ramach, coś jakby pies na łańcuchu, a łańcuch na drucie…

Z lekarzami jest zgoła inaczej. W takim POZ kwitnie spełnianie dzikich marzeń i perwersyjnych fantazji. Ramy są bardzo sztywne, wyznaczone przez NFZ, ale oczekiwania świadczeniobiorców za to nierealne. Zresztą każdy patrząc na obraz widzi co innego, a już najmniej interesują go ramy.

Pacjent, nazwany świadczeniobiorcą, ma coraz mniej szacunku do świadczeniodawcy (tak NFZ przezywa lekarzy), więc cóż się dziwić, że kwitną reklamacje i pretensje w karczemnym zgoła stylu.

Pacjentka statystyczna

Właśnie w trakcie uporczywego przecierania narządu wzroku weszła do gabinetu statystyczna pacjentka. Pacjentka była z krwi i kości, ale stanowiła papierek lakmusowy nastrojów społecznych. Doktor nazywał ją po prostu: Statystyczna.
– Słyszał doktor o tym przypadku, że lekarz nie przyszył urwanej nogi?
– Nie słyszałem – odparł Nasz Doktor z lekkim poczuciem winy, jak skarcone dziecko. – Nie oglądam żadnych seriali medycznych, na dobre i na złe – zażartował niezgrabnie.
– Ale to się zdarzyło wczoraj, naprawdę.
– Gdzie?
– W Wiadomościach Regionalnych.
– I co, nie przyszył?
– Nie przyszył!
– Cóż, w POZ jeszcze nie szyjemy kończyn, ale wydaje mi się, że to ogólnie trudna sprawa, takie szycie. Natomiast w TV jest dużo obciętych członków, które przyszywa się jeszcze w tym samym odcinku i dużo zaginionych braci bliźniaków, którzy odnajdują się w ostatniej odsłonie.
– Mniejsza o to – dobrodusznie zauważyła pacjentka – ja w innej sprawie. Potrzebuję papierka, że leczę się przewlekle. Pracuję w szkole i wszyscy przynoszą takie zaświadczonka co roku i dostają socjal, a ja nie. Dyrektorka zwróciła mi uwagę, że się wyłamuję. Poza tym jak się należy…

Nasz Doktor przyłożył zwinięte pięści do oczu i intensywnie masował gałki. W chwilach zakłopotania ludzie wykonują różne ruchy, które zdradzają ich wewnętrzną konsternację. Jedni dotykają nosa, inni ucha, kobiety obciągają bluzeczkę, dzieci ssą palec etc.
Nasz Doktor usiłował zebrać myśli, ale pacjentka nie zamierzała zdawać się na łaskę i niełaskę doktora.
– Proszę napisać, że mam chorobę krtani, przecież pracuję głosem, i zwyrodnienie kręgosłupa lędźwiowego…
– Bo pracuje pani kręgosłupem lędźwiowym – nieprzytomnie dokończył Nasz Doktor.
– Dokładnie. A za rok pójdę sobie na urlop dla podratowania zdrowia – snuła plany pani Statystyczna.
Doktor oglądał dokumentację i nie mógł znaleźć nic, co pasowałoby do gotowych rozpoznań.
– Ale my Panią na to nie leczymy, dokumentacja jest pusta. Nie ma wizyt, leków. Nie ma, że tak powiem Nietzschego Fryderyka. Doktor nie omieszkał błysnąć żartem specjalnie przeznaczonym dla ciała pedagogicznego.
– To dlatego, że się tym nie przejmuję i mimo dolegliwości chodzę do pracy – zaznaczyła bohatersko Statystyczna, ignorując szutkę.
– A nie zechciałaby pani zaświadczenia zgodnego ze stanem faktycznym, powiedzmy treści: Pacjentka mówi, że choruje na choroby przewlekłe – i tu może pani sobie wybrać, co tylko się spodoba.
Statystyczna wyszła z godnością, a Doktor zaczął się na serio zastanawiać, dlaczego w ogóle zagajała o odciętych członkach.

Pacjentka niedowidząca

Następna pacjentka chciała zaświadczenie, że jest chora przewlekle, w celu „zrobienia grupy” oraz drugie zaświadczenie, że jest zdrowa – w celu podjęcia pracy.
– A nie widzi pani żadnej sprzeczności? – zainteresował się Nasz Doktor.
Pacjentka nie widziała.
Nasz Doktor zamyślił się nad rozwojem dzieci. Gdy takiemu cztero-pięciolatkowi ułoży się wisienki na przykład po cztery w dwóch rzędach i zapyta, ile ich jest i czy po równo, dziecko odpowie prawidłowo. Jednak jeśli dolny rządek rozsunie się, dziecku wyda się, że jest tam więcej wisienek. Tylko dlaczego to ja mam być tym czterolatkiem, buntował się Nasz Doktor.

Pacjentka w drodze do Anglii

Kolejną pacjentką była Jessika, która kazała na siebie mówić Dżes. Nasz Doktor od razu poczuł się młodziej w towarzystwie przebojowej, kolorowo ubranej kosmopolitki. Potrzebowała antybiotyków na wyjazd do Anglii.
– To w Anglii nie mają? – zdziwił się nieszczerze Nasz Doktor.
– E, szkoda gadać – Dżes machnęła ręką. – Tam zamiast antybiotyku dają paracetamol. To już w Polsce są lepsi lekarze.

Pacjentka seniorka

Po przerwie technicznej na rozprostowanie kości i spacer dookoła przychodni Nasz Doktor powrócił do przyjmowania. Po drodze rozmyślał o ciężkim losie władców, którzy muszą godzinami wysłuchiwać skarg swoich poddanych i podejmować niepopularne decyzje.
Kolejny rzut pacjentów otwierała pani Janina, seniorka, która bystrością umysłu i adekwatnością zachowania mogłaby wpędzić w kompleksy niejednego przychodnianego normalsa. Po krótkim badaniu i ustaleniu drobnych zmian w terapii pani Janina pożegnała się ciepło, życząc Doktorowi dużo zdrowia, „bo zdrowie to majątek”.
Tak, majątek, pomyślał zmęczony nieco Doktor, jedyny majątek, który zabiera się do grobu. Przy pani Janinie poczuł się przez chwilę dzieckiem, bardzo zmęczonym dzieckiem.

Pacjentka naburmuszona

Kolejny dzień pracy zbliżał się ku końcowi, czyli jak mawiał kolega po fachu, Johnny Nieztych z nienagannym akcentem: „Another fucking day has gone”.
Nieztych dawno nie zaglądał do Doktora, widocznie nie miał żadnego interesu. Podesłał za to swoją sąsiadkę z cukrzycą, która za każdym razem upominała się o nową książeczkę cukrzycową. Niestety nie pokazywała wyników glikemii, te zarezerwowane były tylko dla diabetologa. Sąsiadka zdziwiona była, że doktora interesują jej cukry, przecież przychodziła tylko po książeczki, a nie żeby zawracać głowę.
Pechowo dzienniczki kontroli glikemii się skończyły i pacjentka naburmuszona opuściła gabinet.
– Nawet dzienniczków nie mają w POZ – rzuciła scenicznym szeptem na odchodne.
– Może pani zapisywać też cukry na zwykłej kartce z zeszytu – podsunął Nasz Doktor.
– Cooo, mam moje cukry zapisywać na zwykłej kartce? Służba zdrowia schodzi na dziady – powiedziała monotonnym głosem kwestię wyglądającą na wyuczoną i często wygłaszaną.
– Stale się dostosowujemy, proszę pani – odparł Nasz Doktor grzecznie, a w duchu obiecał opieprzyć Nieztycha za podsyłanie hrabianek z cukrzycą.

Wieczorne odprężenie

Po ciężkim dniu Nasz Doktor wrócił w końcu do domu i rozsiadł się na kanapie. Sprawdził anankastycznie, czy wszystkie poduszeczki są na swoim miejscu, czy aby ktoś ich nie poprzestawiał, i dopiero wtedy pozwolił sobie na błogie odprężenie. Jeszcze raz sprawdził i osiągnął nirwanę. Na wyciągnięcie ręki znajdował się barek, a w nim miód na serce, czyli burbon „Three Roses”.

Kątem oka obserwował tzw. stoliczek przechodni, w wąskim przejściu z kuchni do salonu. Stoliczek stał na jednej, chybotliwej nóżce i według niepisanej umowy kładło się na nim nielubiane i tłukące rzeczy. Jakoś tak wypadało, że nie swoje. Potem ktoś przechodził i nie było siły, żeby przypadkiem nie zawadzić i „jaka piękna stłuczka”. W grze uczestniczyli Doktor i Małżonka, czasem przyłączał się Junior. Zabawa mimo dziecięcego charakteru miała głębokie uzasadnienie psychologiczne i stanowiła wentyl bezpieczeństwa.
System opierał się na obopólnym zaufaniu, chociaż zdarzały się stłuczki, że tak powiem, mniej uzgodnione. Jednak warto poświęcić trochę zapieczonego w wysokiej temperaturze piasku do oczyszczenia atmosfery domowej, czyli mówiąc po naszemu: dla zdrowotności.
Nasz Doktor dzisiaj nie wypatrzył nic, co nadawałoby się na stłuczkę. Tutaj obowiązywały pewne reguły: popyt musiał nadążać za podażą.

Wiercąc się na piernatach, przez nieuwagę Nasz Doktor nacisnął przycisk pilota i na ekranie telewizora pojawił się gadający damski korpus. A mówił właśnie o kolejnych błędach lekarzy, o wyciągnięciu konsekwencji i ukaraniu winnych. Podobno nawet sam minister miał zająć się sprawą. Karanie może być nawet przyjemne, gdy się nie ma lepszych pomysłów.
Szkoda, że zamiast walczyć z błędami lekarskimi, walczy się z samymi lekarzami. A to jednak zdecydowana różnica. Ale cóż, Doktor nie był już dzieckiem i wiedział, że opinię publiczną trzeba karmić takimi przerażającymi rzeczami, żeby czasem nie nabrała zbytniego zaufania do lekarzy. Szkoda tylko utraconego, wraz z zaufaniem do lekarzy, efektu placebo, który odpowiada za 30% poprawy po leku.

Będąc studentem, Nasz Doktor odpowiadał z farmakologii o pewnym leku, który – zaznaczył z lekceważeniem – ma wartość placebo. Został za to zrugany przez asystentkę, kobietę z reguły spokojną i zrównoważoną. Przyszły Doktor dobrze zapamiętał tę lekcję i był teraz wręcz zdruzgotany, widząc jak pacjentom odbiera się owe 30%, o wymiernych kosztach pieniężnych na leki nie wspominając.

Utraconego zaufania nie odrobi się pracując w kamieniołomach, a może... Może uda się nadrobić totalną dostępnością do POZ.
Tylko jak jeszcze zwiększyć tę dostępność, skoro już teraz lekarze zajmują się „prowadzeniem przeziębień”. No, ale są mądrzejsi od nas, już oni tam coś wymyślą… Obecnie jednego dnia pacjent przychodzi, skarżąc się, że od wczoraj ma katar. Drugiego dnia melduje, że pojawiła się gorączka. Trzeci dzień jest zarezerwowany dla kaszlu i pojawia się myśl, żeby może zrobić zdjęcie płuc. Leczenie takich chorób polega na tłumaczeniu pacjentowi, że nie jest umierający i nic nie trzeba z tym robić, a jest to bardzo, bardzo trudne. Gdy czasem przeziębienie przerodzi się w zapaleni oskrzeli, pacjent z wypiekami na twarzy triumfuje i zmienia lekarza, który się nie poznał. Tak, „prowadzenie przeziębień” to nie zajęcie dla smarkaczy. Trzeba mieć gadane.

Tak dywagując, Nasz Doktor zorientował się, że szklaneczka z burbonem jest do połowy pusta, a dzieci już dawno poszły spać.

Rafał Stadryniak
internista

Słowniczek podręczny do tekstu
(zamiast bibliografii)
Burbon – dla niektórych postać historyczna, dla innych sposób spędzania wolnego czasu
Placebo – nie postać, właściwie nic konkretnego. Obecnie funkcjonuje już wśród pacjentów. Niektórzy domagają się takiej tabletki, placebo, bo słyszeli, że pomaga
Polityka zdrowotna – patrz Burbon i placebo
Dziecko – osobnik niedojrzały, nieodpowiedzialny, nieuprawniony do głosowania, mogący jednak szczerze wyrażać swoje poglądy

Rys. Zen