Nasz Pan Doktor i Świątynia Papieru

Rafał Stadryniak = @Grypa

papier Giez 1 X 195mini

Zrobiło się wilgotno i szarawo. Nasz Pan Doktor przeskakiwał po dwa stopnie schodów, spiesząc się do przychodni, zabijał jednocześnie ręce na plecach w celu zyskania odrobiny ciepła. Jak szedł wczoraj na dyżur, była pełnia słonecznej wiosny i wystarczał podkoszulek, a teraz bez kurtki nie podchodź. Na szczycie schodów stanął słupka. Coś było nie tak. Po chwili wrodzona i rozwijana na studiach spostrzegawczość stanęła na wysokości zadania i naga prawda ujrzała światło dzienne: z napisu „POZ” nad wejściem odpadła litera „P” i teraz we mgle poranka majaczył neon „OZ”, pod egidą NFZ, jak wyjaśniały dalej gustowne tabliczki.

A gdyby tak całą służbę zdrowia zostawić na pastwę naturalnych procesów – zadumał się Nasz Doktor – a nie majsterkować przy niej co trochę? Co by miało odpaść, to by odpadło samo. I zrobiłoby się wszystko automatycznie i nie trzeba by bulić milionów, jak za wymyślenie nazwy Orlen. No tak, ale pozostałyby niezaspokojone ambicje majsterkowiczów, które nie wiadomo w jakiej formie znalazłyby ujście…

– „OZ” jest niezłe – powiedział na głos Pan Doktor, nie zważając na zdumione spojrzenia pacjentów czekających na schodach na otwarcie podwojów.

OZ budzi masę pozytywnych skojarzeń: Dorotka, Strach na Wróble, Drwal, Lew i Blaszany Człowiek. Jeszcze lepsze mogłoby być tylko nawiązanie do nazewnictwa amerykańskich drużyn koszykówki. Po zaadoptowaniu do leczenia w swoich placówkach zapraszaliby „Magicy z POZ”, „Byki Medycyny Rodzinnej” czy „Utopce od Pierwszego Kontaktu”. O, ja, rozmarzył się Pan Doktor niczym Krecik z dobranocki.

Cmok na schodach

Do rzeczywistości przywołał go pocałunek w czoło. Starsza pani, która ulubiła sobie Doktora, wykorzystała schody, żeby zniwelować różnicę wzrostu i złożyła tradycyjny cmok na niezmiennie zdziwionym Doktorze.

– Ja pana tak kocham. Pan taki młodziuńki – zadeklarowała pacjentka. – Wszystkim mówię, że mój Pan Doktor jest najlepszy.

I do tego łatwy – zaśmiał się w duchu Doktor, który jak dotąd nie znalazł sposobu, by się wybronić od czułości, których pacjentka nie szczędziła przy każdej wizycie.

– No to zapraszam do gabinetu – rzucił Doktor i cynicznie dodał na stronie – kto pierwszy, ten lepszy. J

Dokumentacja palacza

Pierwszy zameldował się palacz papierosów, który jednak dbał o zdrowie. Robił sobie co pół roku wszystkie badania, by nie przegapić jakiejś choroby, wszystko oczywiście na koszt NFZ.

– Palenie to też choroba – podsunął Doktor. – Czyli już pan ma chorobę. Czy nie uważa pan, że warto rzucić?

– Ale ja chcę rzucić – zadeklarował pacjent. – Tylko nie mogę.

– Palenie jest szkodliwe, pan nie może palić – Doktor próbował klasycznego podejścia.

– Ale ja muszę palić.

– A kto panu to zalecił, chyba nie lekarz? – pozwolił sobie na ironię Doktor.

– Właśnie że lekarz. Dokładnie 10 lat temu zrobiłem klatkę do badań okresowych. W gabinecie przyjmowała taki wysoki doktor. Nawet pamiętam, że jak oglądał kliszę, to jadł jabłko. Spojrzał na zdjęcie, pokręcił głową i powiedział: Pan to musisz palić, panie Kowalski. No to zacząłem…

Nasz Pan Doktor milczał przywalony ciężarem opowieści. Żeby nie było, że nie wykazuje zawodowej solidarności, nie zgłębiał już tematu. Trzeba się skupić na tu i teraz.

– Co pan popalił, to pańskie, nawet ZUS tego panu nie zabierze, a teraz trzeba rzucić. Rzucić. – powtórzył po sobie jak echo Pan Doktor.

– Ale jak, jak się tak bardzo chce palić?

– A, jak się bardzo chce, to można – zażartował bez przekonania Doktor.

– O, wreszcie coś pozytywnego pan lekarz powiedział.

– Niestety, żartowałem – Doktor podrapał się w głowę – na tym polega nałóg, że chce się jak cholera, a nie można ni cholery.

Pacjent znał te sprawy i ze zrozumieniem smutno przytakiwał.

No to pogadaliśmy, zaświtało w głowie Doktorowi, a teraz trzeba popieścić papiery, bo one są do tego stworzone. Po czym napisał w dokumentacji: rozmowa z pacjentem dotycząca szkodliwości palenia i konieczności rzucenia nałogu. Pacjent na razie nie może zdecydować się na konkretną datę rzucenia palenia (czy mają być to imieniny, czy urodziny żony). Poinformowany o możliwościach terapeutycznych stwierdził, że tyle płaci na papierosy, że leczenie mogłoby go dodatkowo zrujnować i na razie nie będzie ryzykował.

Doktor z wdziękiem strzelił pieczątkę i napisał kod: F17. Jak ten samolot. Po chwili pacjent oddalił się, zabierając ze sobą tytoniowy zapaszek i obietnicę poprawy w bliżej niesprecyzowanej przyszłości. Lepszy taki sukces niż żaden…

Młoda Osoba

Na chwilę w gabinecie zapanował zbawienny przeciąg, gdy weszła kolejna osoba i trzasnęła zdrowo drzwiami. Chudzina, pomyślał Doktor, patrząc na zabiedzoną dwudziestolatkę. Nawet drzwi nie może utrzymać, a może to przejaw temperamentu? Doktor pracował wiele lat i w niejednej placówce służby zdrowia jadł czerstwy chleb, żeby nie mieć świadomości, że interpretacja zachowania pacjenta to trudna sprawa. Właściwie tylko ci, co chodzą na skargi, są w miarę łatwi do interpretacji. Reszta stanowi zagadkę. I dobrze, przynajmniej nie grozi wypalenie zawodowe z nudów.

– Co cię sprowadza, Młoda Osobo – zagaił pretensjonalnie Doktor.

– A, tak boli mnie gardło i chcę coś na gorączkę.

Hmmm, to pierwsze to był bez wątpienia jakiś objaw, to drugie podpadało pod kategorię „projekcja”. Doktor zajrzał do gardła, a tam angina w pełnym rozkwicie.

– To najładniejsza angina w dniu dzisiejszym, gratuluję – podtrzymywał rozmowę Nasz Doktor.

– A dostanę antybiotyk? – niepokoiło się dziewczę, które na poprzedni komplement spłonęło gorączkowym rumieńcem.

– Tak, w nagrodę – uspokoił dziewczę Doktor. – A co Młoda Osoba tak chudziutka?

– Aaa, to – pacjentka wyraźnie się ożywiła. – Ja już tak mam. Jem za dwóch. Mama mówi, że też tak miała w moim wieku, a teraz proszę,105 kilo wagi, cukrzyca, ale jeszcze potrafi wypić czteropak coli na raz.

– Aha, to w porządku – Doktor omiótł eteryczne zarysy dziewczyny – tylko proszę pamiętać, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Jadanie śniadań może nawet uchronić przed cukrzycą, a na pewno chroni przed głodem w południe, tak słyszałem – zastrzegł Pan Doktor.

Młoda Angina wyszła, trzaskając drzwiami.

Dokumenty na rentę

Na razie w Świątyni Papieru, jak nazywano placówki służby zdrowia, panował spokój, ale wkrótce miało się to zmienić, bo przepychając się i nerwowo pokrzykując zbliżało się do gabinetu kilka osób z plikami „papierów do wypełnienia”.

Na pierwszy ogień poszła elegancka pani w makijażu à la Nefretete. Dla niepoznaki powtórzyła sobie najpierw leki, potem poskarżyła się na brzuch, który buntuje się po sushi.

– Co to może być, doktorze?

Po 15 minutach rozmowa zeszła na tematy zasadnicze. Pacjentka wyjęła od niechcenia stertę papierów, oznajmiając:

– Chcę sobie wypisać papiery na rentę i na tę grupę, do starostwa.

– No dobrze, a co ja mam z tym wspólnego? – Doktor nie lubił robić roboty za kogoś, więc na razie postanowił dokładnie zorientować się, o co chodzi.

– No, ale ja chciałabym, żeby to pan doktor mi wypisał – doprecyzowała pacjentka, celując palcem w czoło Doktora, na którym pozostał jeszcze ślad porannego pocałunku.

– Aaa, więc to o to chodzi. Jednak. – Doktor sam był zaskoczony, że się jeszcze dziwi.

– Jest trochę pisanka, więc może doktor sobie weźmie papierki do domu, żeby na spokojnie wszystko dokładnie opisać... – pacjentka klasycznie bagatelizowała sprawę, używając zdrobnień.

– Kochana pani, w domu to ja odpoczywam i nie mam żadnej przyjemności z papierków. No, tak czy owak, zaraz wypiszę, uwaga, nie jakieś papierki, ale DOKUMENTY, tak rach-ciach-ciach!

– Ale czy będzie opisane wszystko dokładnie?

– Napiszemy prawdę, a prawda, jak głosi obiegowa opinia, sama się obroni.

Pacjentka nie była jednak przekonana co do zdolności prawdy do samoobrony.

– A może doktor jednak znajdzie sekundkę czasu w domu?

Doktor uwielbiał grać w tę grę, która polegała na bagatelizowaniu roli lekarza i jego pieczątki, i ochoczo się do niej przyłączył.

– W domu to nie, ale teraz wykroimy całą minutkę. O tu, widzi pani  już wpisujemy, że jest boczne skrzywienie kręgosłupa. Tutaj wpiszemy, że nosi pani okularki. I widzę, że ma pani zaświadczenie z poradni specjalistycznej, że jest nerwica. O, i się napisze, że choroby przewlekłe i nierokujące wyleczenia, chyba że koledzy na komisji coś wymyślą, bo trzeba wiedzieć, że medycyna komisji zdrowia święci ostatnio najbardziej spektakularne sukcesy. I jeszcze dopiszemy, że przeszła pani operację woreczka, wyrostka...

– Rozlanego – upomniała się pacjentka. – Trzy godziny mnie operowali.

– Rozlanego – potwierdził doktor. – Tego nawet na komisji pani nie zabiorą.

Żarcik, pomyślał Nasz Pan Doktor, który poczuł się, jakby swoją papierkową robotą sam własnoręcznie ściął drzewo, przerobił na papier, a następnie wrzucił do czarnej dziury.

Takie sytuacje jak obecna odgrywane były nawet kilka razy dziennie. Zupełnie jak Nędznicy w Teatrze Komedia. Nie schodzą z afisza. Doktor lubił ludzi niejako z urzędu, ale właśnie takie sytuacje przeszkadzały mu ich pokochać bezwarunkowo.

Sprawa pierwszeństwa

Z głębokiego intelektualnego letargu wyrwały Doktora podniesione głosy kobiece. Niewiasty spierały się, która teraz wchodzi, bo jedna była z godziny, a druga przyszła dwie godziny wcześniej i zajęła sobie kolejkę.

– Proszę wchodzić w porządku… alfabetycznym, albo nie, po peselu.

Teraz obie panie zaczęły się wzajemnie przepuszczać w drzwiach, Doktor zaś pogrążył się w niewesołych rozmyślaniach. Niestety przeinwestował, spisując na nieprzyzwoicie drogiej, irydowej płytce zawieszonej na wysokości wzroku, świadczenia nieobjęte refundacją NFZ oraz ich cennik. Pacjenci chytrze unikali patrzenia w tę stronę, osłaniając oczy rękami przed odblaskami od płytki. Doktor rozejrzał się po poczekalni. Starzy bywalcy mieli na nosach ciemne okulary i z pewnym politowaniem patrzyli na nowych, którzy co chwilę oślepiani przez okrutną płytkę, kryli twarz w dłoniach.

Tymczasem rozwiązała się sprawa pierwszeństwa. Bardziej otyła niewiasta stwierdziła, że właściwie to przyszła tylko pokazać cholesterol, który wyszedł prawie dobrze. Poza tym dzisiaj w sumie to nie ma za bardzo czasu, więc przyjdzie kiedy indziej, po czym rzeczywiście oddaliła się. Na blacie został prawie dobry cholesterol. Obłożone 300 mg%, ale to pewno było „po imieninach, po weselu, przed kuracją kapustą” etc. Będzie o czym pożartować następnym razem.

Ta, która została na placu boju, miała papiery na rentę i do starostwa. I zabawnie mrugała oczami, pewnie po zajączkach… Żeby tylko nie zaskarżyli o utratę zdrowia, przemknęło przez głowę Doktorowi, może lepiej zdjąć irytującą tabliczkę? A co z przekonaniami? A kogo to obchodzi, odpowiedział sam sobie i zabrał się do roboty.

Mała karteczka

Następnym chorym był zdrowy nauczyciel, który przyszedł po karteczkę, że choruje przewlekle.

– Stawy i te rzeczy, rozumie pan doktor, dwa razy w roku muszę pojechać do sanatorium. O, tu mi podpisać, to dostaną zapomogę.

Doktor rozumiał i czym prędzej wypisał małą karteczkę, instruując pacjenta, żeby jej nie zgubił.

– Oj tam, oj tam, najwyżej przyjdę jeszcze raz – lekko rzucił pacjent.

To jeden z tych, co ich blask płynący z płytki nie razi. Starożytna rasa i na pewno nieskazana na wymarcie.

Trzy sprawy

Kolejny pacjent od progu informował:

– Przychodzę w trzech sprawach.

Dobrze, że nie w trzech osobach.

– A więc, po pierwsze gnębi mnie andropauza. A może to jest menopauza, bo jestem menem? – tu pacjent zaśmiał się ze swojego dowcipu.

– Czyli co, miesiączki nieregularne? – Pan Doktor starał się utrzymać w konwencji rozmówcy.

– No nie. Raczej nic mi się nie chce i wyszły włosy. A wszystko to po delegacji.

Doktor przysunął się, chcąc usłyszeć coś ciekawego. Pacjenci mieli takie przygody, że ludzka wyobraźnia stawała dęba.

– Jak wróciłem z delegacji, troszkę zabalowaliśmy. Do domu dotarłem koło trzeciej. Cichutko do łazienki, napuściłem wody, żeby się obmyć. Żona ma węch jak niedźwiedzica jeśli chodzi o alkohol. I chciałem umyć głowę. Niestety w ręce zamiast szamponu podszedł mi „Skrzat”. Ten od rur. I włosy spłynęły.

– A żona?

– A żona nocowała u mamusi.

Sterta niewzdęta

Po kolejnej godzinie urosła sterta wypisanych orzeczeń i wniosków. Tylko skarg jeszcze brakuje, pomyślał ironicznie doktor. Nie dane mu było się cieszyć w samotności wpisywaniem danych pacjentów przyjętych dziś na specjalną listę, która następnie była raportowana do centrali, czyli NFZ. Nawiasem mówiąc, listę tę nazywał niesłusznie „dziennym utargiem” mimo świadomości, że płatność jest kapitacyjna, a raczej kawitacyjna. W czasie gdy sobie to kolejny raz uświadamiał, następny pacjent już zdążył zasiąść i rozłożyć swoją dokumentację.

– Z czym pan do mnie przychodzi? – rzucił dwuznacznie Doktor.

– W zasadzie boli mnie brzuch. Mam wrzody, uchyłki i nietolerancję pokarmów mlecznych – wyrecytował pacjent na jednym, bardzo długim wdechu.

– Właśnie tak powstają wzdęcia spowodowane nawykową aerofagią – zaczął swój wykład Doktor. Następnie kontynuował w podobnym tonie. Lekarze zwykle mają za mało czasu, żeby przybliżać pacjentom medycynę w beletrystycznej formie. Doktor wiedział, że NFZ wysoko punktuje oświatę wśród pacjentów, chociaż za nią nie płaci uczciwie. A za co płaci uczciwie, żachnął się Doktor w myślach, a te były czarne.

Pacjent zaś zasłuchał się w ciepły głos i fachowo przekazywane informacje, a nawet od czasu do czasu zachrapał.

Doktor, który był oportunistą, wykorzystał okazję.

– A teraz otworzy pan oczy i obudzi się. Będzie pan wypoczęty i zadowolony...

– I bez wzdęć – dodał pacjent, zupełnie już przytomny.

Gdy nikt niczego nie chce

Doktor został w końcu sam w gabinecie. Porządkował bezcenne papiery. Gdzieś w zakrętach tkanki mózgowej nasączonej zdarzeniami powszedniego dnia lekarskiego przebiegały procesy asocjacyjne, które nie dziś, nie jutro, ale kiedyś na pewno zaowocują. Prawie na pewno wydadzą obfity plon w postaci lepszej obsługi świadczeniobiorcy, czyli mówiąc nieelegancko, chorego. Może się to odwlec w czasie, bo stale zmieniające się warunki kontraktowania usług dezorientują lekarzy.

Doktor podrapał się w głowę. A właściwie dlaczego to się obrażać na papiery. Póki sił starczy, by utrzymać długopis w dłoni, będziemy spełniać każdą papierową zachciankę. Niech to zostanie odnotowane na papierze. To dla przyszłych pokoleń badaczy…

Swoją drogą nie zazdroszczę adeptom archeologii medycznej. Ale niewyraźne pismo to i tak najmniejsze zmartwienie.

Nasz Doktor zamknął notes, schował przybory do pisania, sprawdził kilka razy kompulsywnie, czy pieczątka jest na swoim, bezpiecznym miejscu. Zamyślił się, zakładając dla relaksu ręce za głowę i kołysząc na krześle.

Papierowy świat dokumentacji odchodził powoli w odstawkę. Oczywiście stadium przejściowym było mnożenie dokumentacji, wpisów i ankiet, prowadzenie podwójnych zapisów, papierowego i elektronicznego.

Na chwilę Doktor zatęsknił do glinianych tabliczek egipskich (lepienie w glinie uspokaja) lub solidniejszych kamiennych babilońskich.

Cóż, nie ma szansy na powrót do prostoty. Jak zwykle gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Wychodząc z przychodni, Doktor pochwycił urywki radiowych wiadomości. W lasach Suwalszczyzny znowu znaleziono poniewierającą się papierową dokumentację POZ. NFZ przeprasza pacjentów. Winni zostaną surowo ukarani, chociaż dokumentacja pochodzi z POZ zlikwidowanego 10 lat temu i trudno będzie ustalić, kto za to odpowiada. Ponadto uległa, jak to papier, biodegradacji.

Nasz Doktor pokiwał głową filozoficznie. Próbował znaleźć pozytywy tej sytuacji. Iluż ludzi zostało nagle uzdrowionych przez zaginięcie dokumentacji…

Z zadumy wyrwał go znajomy głos pacjentki, która czekała na schodach i złożyła rozkojarzonemu Doktorowi tradycyjny pocałunek na czole.

Muszę po prostu bardziej uważać na schodach, skonstatował Doktor.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen