Bo kroplówka była za słona, czyli kubotan medyczny

Rafał Stadryniak = @Grypa

Ku2Nasz Doktor ostatni raz wygiął się przed lustrem. Za chwilę trzeba będzie biec na dyżur, a tu kata obronne nieprzećwiczone. Zejście z linii ciosu, wypad w bok i ślizgiem w tył. Teraz tylko schować się za plecami jakiejś korpulentnej i wygadanej pielęgniarki, i bezpieczeństwo w pracy zapewnione. Nasz Doktor zwykł mieć dyżury z siostrami, o których lubił myśleć: rozłożyste. Można było w cieniu takich kolosów spokojnie zająć się leczeniem, ewentualnie bezpiecznie odszczekiwać się agresywnym pacjentom.

Niskie stany rankingów

Tak to już jest. Bezpieczeństwo i higiena w pracy – głosiły zapomniane plakaty. O higienę dawno zadbał sanepid, a bezpieczeństwa niestety nie zapewni firma ochroniarska zatrudniająca samych inwalidów z tzw. grupą, do tego zupełnie niewygadanych. Toż to byle awanturnik po jednym piwie naurąga takiemu ochroniarzowi, albo i popchnie, nie zważając na powagę munduru czy innej wiatrówki z logo firmy.
Z doktorami podobnie. Biały fartuch przestał być tabu. Obecnie doktorowi zagląda się do wszystkich kieszeni, a i złapać za klapy wygodnie…

Nasz Doktor westchnął głęboko i zatęsknił skrycie za czasami, gdy szeroko komentowane było zdarzenie, jak pacjent na SOR-ze podniósł rękę na lekarkę. Ta co prawda uratowała się, uciekając na czworakach, ale oburzenie środowiska było wielkie i długotrwałe.

Lekarze, przodujący do niedawna w rankingach zaufania społecznego, stali się celem ataku. Łatwego w dodatku. Obecnie rankingi dołują, ataki się nasiliły i niestety, każdy rozsądny doktor musi znaleźć swój sposób samoobrony. Jedni się ubezpieczają częściowo, tzn. zęby, peruki, pośladki. Inni unikają zachowań ryzykownych, tj. przytakują pacjentowi i wydają skierowania na absurdalne badania i zabiegi według woli i fantazji chorego. Nasz Doktor postawił na współpracę z personelem, zwłaszcza kobiecym. Wszak Polak to z reguły gentelman. Bez wyraźnego powodu nie podniesie ręki na kobietę.

Jak zrobić wrażenie?

Spakowany na dyżur Doktor porwał jeszcze z biurka tradycyjny lekarski kubotan, rzecz niby z krav magi, ale artefakt ten szybko przyjął się w środowisku lekarskim jako niezbędnik dyżuranta. Kawałek metalu z zaokrąglonym czubkiem można łatwo dopiąć do kluczy w charakterze breloczka. Za to w razie czego stawał się bronią nie do przecenienia podczas walki w bliskim kontakcie. Co prawda Nasz Doktor jeszcze nie wiedział, gdzie trzeba ten sprzęt wpychać napastnikowi, ale liczył, że w chwili stresu instynkt sam mu podpowie najciekawsze rozwiązanie. Poza tym ów przedmiot był prezentem od znanego z podbojów miłosnych oraz z zamiłowania do sportów walki niejakiego Johnnego Nieztycha, a ten jak już komuś coś dawał, to albo alkohol, albo inne praktyczne rzeczy.
Żeby oddać swemu koledze sprawiedliwość, Doktor został wraz z podarunkiem pouczony, że kubotan należy trzymać zawsze w kieszeni. Łatwo po niego sięgnąć, a i robi niemałe wrażenie na niewiastach podczas przytulanych tańców. (Tu Nieztych uśmiechnął się lubieżnie, a jego oczy zamgliły się wspomnieniami przez krótki moment.) Słowem Nasz Doktor został przekonany do kubotana.

Doktor przyłapał się na niemyśleniu. Od pięciu minut mechanicznie ćwiczył kata przed lustrem i zapomniał o celu swego istnienia. Nawet niewtajemniczeni domyślają się, że jest nim praca. A tam pacjenci czekają – zatrzepotało jak motyl pod czaszką. Co prawda miał też w pamięci maksymę swego szefa dotyczącą praw pacjenta, gdzie pierwsze prawo głosiło: pacjent ma prawo czekać, ale Nasz Doktor po prostu nie lubił się spóźniać. Spóźniający sam sobie szkodził, nie mogąc znaleźć miejsca na parkingu. Poza tym zwykle spóźnieniu towarzyszyła nerwowość, a pacjenci mieli dość własnych problemów, żeby jeszcze borykać się z nerwowym lekarzem.

Zwykły poranek i fundamentalne pytania

Doktor wślizgnął się do szpitala przez SOR, żeby było szybciej. Niestety, pacjenci spragnieni informacji nie przyjmowali do wiadomości, że SOR-em rządzi zupełnie inny lekarz. Poobrażali się, że jeszcze nic nie wiadomo, kiedy będzie morfologia i czy kleszcza można wyciągnąć w szpitalu, bo pacjent akurat mieszka naprzeciwko. Do pomocy doraźnej musiałby dojechać pięć przystanków. Nasz Doktor sprytnie udał bardzo zajętego i szybko wymknął się na swój oddział. Goniły go jeszcze poirytowane głosy zawiedzionych. Daj takiemu w mordę albo w łapę, to może cię wyleczy. Podświadomość Doktora nie potrafiła dać wskazówki, który wariant jest korzystniejszy.
Pocieszanie się, że to jacyś pijani i awanturnicy minimalnie tylko stępiło ostrze krytyki. A więc do tego wszystko się sprowadza? Naród nie oczekuje po nas żadnych ludzkich odruchów, żadnego profesjonalizmu? A właściwie to każdy sądzi jak potrafi, przypisując swoje najgorsze intencje innym.

Wchodząc na oddział Nasz Doktor zażartował do sekretarki medycznej:
– Ilu mamy dzisiaj pobitych?
– Pacjentów czy lekarzy? – odpowiedziała pytaniem zagadnięta.
– Lekarzy – bąknął Doktor.
– No powiedzmy, że na razie żadnego. Ale wczoraj było dwóch. Jeden poszarpany za klapy, drugi pchnięty na siostrę przełożoną. A dzisiaj jeszcze nic. Czekamy.

Doktor mocniej ścisnął w kieszeni kubotan, który rozgrzał się do temperatury ciała i dawał miłe poczucie bezpieczeństwa.
Co robić, żeby nie bili? – zadał sobie fundamentalne pytanie. Na początek oczywiście jedna kolejka kroplówek dla wszystkich. Na koszt NFZ. Mniejsza o CHPL. Następnie diagnoza w locie, zero czekania, no i koniecznie wymiana kafelków na podłodze, które się już opatrzyły. Doktor zauważył, że niektórzy leżący w celu eliminacji alkoholu z ustroju znają na pamięć każdy centymetr kwadratowy podłogi. Poza tym empatia, empatia i jeszcze raz empatia oraz nauka przyjmowania ciosów w stójce.  A dla ogółu społeczeństwa lekcje wdzięku i ogłady. Nieeee. To już było i skończyło się na pouczaniu, jak powinno się jeść bezę.
Doktor zdał sobie jasno sprawę, że bardzo dawno nie jadł bezy, być może z powodu braku kwalifikacji.

A może, żeby uniknąć lania, zostać Lekarzem Roku, Przyjacielem Pacjenta, Kawalerem Uśmiechu? Niee, nie tedy droga. Ja się uratuję od bicia, a co z resztą? No właśnie, co z tą resztą. Nasz Doktor ocknął się, jak właśnie doszła jego kolejka w sklepiku szpitalnym. Poprosił tygodnik „Lecz się zdrów”, dał piątaka i rzekł bardzo z siebie zadowolony: reszty nie trzeba. A trzeba, trzeba, bo od wczoraj podrożało na 8 złotych.
Od lecz się zdania nie zaczyna, pobrzękiwało mu jakieś motto z wczesnych lekcji polskiego, ale cóż, licentia poetica, względnie medica, jeden czort. A na okładce gotowce zgłoszenia pobicia pacjenta przez lekarza / lekarza przez pacjenta (niepotrzebne skreślić). Należało opisać obrażenia i wysłać do stosownego rzecznika. Doktor przerzucił parę stron i postanowił zachować praktyczny egzemplarz na później.

Mały trybik wielkiej machiny

Myśląc sobie to i owo, ogólnie w niewesołej tonacji rzucił się w wir pracy i wkrótce zagrzebał się do cna w papierologii oddziałowej. Różnego rodzaju ankiety, obserwacje podziałały leczniczo na duszę niczym mantra powtarzana aż do utraty jakiegokolwiek znaczenia. À propos niektórych ankiet, to krążyły złośliwe plotki, że służą komuś do robienia doktoratu.

Nasz Doktor poczuł się przez chwilę małym trybikiem wielkiego planu. Ekstaza trwała krótko, bo właśnie dowieziono kolejnych pacjentów i nastąpiło nerwowe wzywanie wszystkich dyżurantów na SOR. Był tam potrzebny chirurg, kardiolog, internista i neurolog.
Wielu nieświadomych swego szczęścia dostało kroplówkę, wielu odeszło z kwitkiem, bez choćby „małej soli”. Tłum zaczął się przerzedzać i tylko na podłodze pozostało kilku osobników niewątpliwie „dojrzewających”. Ulokowanie na podłodze miało zapobiec ewidentnemu nieszczęściu, jakim jest upadek z wysokości własnego ciała. Poza tym tomografie głowy mieli już porobione i taki dodatkowy upadek mógł tylko zdezorientować lekarzy. Dojrzewający pod troskliwym okiem służby zdrowia i hojnie wybadani wybrańcy stanowili obiekt zazdrosnych spojrzeń trzeźwych pacjentów.

Na oddziale zaś o mało nie doszło do rękoczynów. Krewka rodzina usiłowała wymusić badania, tzw. wszystkie. No bo jak leży człowiek w szpitalu drugi dzień, to przecież i okulary można dobrać, kurzajki wyleczyć. Tak, z tych składek. Nasz Doktor nasłuchał się, jak to jest nieczuły, jak trudno dostać się do odpowiedniego lekarza ambulatoryjnie, bo przecież lekarz sam nie przyjedzie do chorego z okularami.
Doktor próbował blado polemizować, ale sprawa nie rokowała żadnej nadziei. Ktoś poradził, żeby sobie Doktor najlepiej zmienił pracę.
Cóż, ludzie błądzą, podążając za tym, co by chcieli. A jak coś jest nie po myśli, to organizm sam odrzuca.

Nasz Doktor przypomniał sobie mistrza Adama Mickiewicza, który w okresie prób formowania polskich legionów w Turcji głosił tezy, że gdyby do powstania (przeciwko zaborcom) dołączyli Żydzi, wtedy przyłączy się też całe chłopstwo. A dlaczego? A dlatego, że chłop wie, że jak dołącza się do spółki Żyd, znaczy sprawa jest pewna.
Właściwie to może nawet i miał rację, zamyślił się Nasz Doktor. Tylko do czego teraz mieliby się dołączyć starozakonni?

Po drodze z dyżurki z satysfakcją zauważył, że pielęgniarki nabrały ciała, przez co poczuł się nieco bardziej bezpieczny. Siostry komentowały głośno niedawny przypadek, jak lekarz rzucił się na pacjenta i odgryzł mu ucho.
– To pewnie był laryngolog – wywodziła na pewniaka dobrze zbudowana blondyna.
– Gdzie tam, to rodzinny. Rzucił się do gardła i nie trafił. Podobno źle znosił krytykę.
Hmm. Nasz Doktor zdał sobie sprawę, że jest to kolejna rzecz, której na studiach nie uczą. Nawet modne ostatnio kursy asertywności nie dają rady chamstwu i zacietrzewieniu. Jak tu znosić niezasłużoną krytykę z honorem. Pozostaje wierny kubotan.
Wychodząc z dyżuru przez SOR, Nasz Doktor naraził się pacjentom, którzy po nocnej diagnostyce i trzeźwieniu wracali do domu. Jeden miał pretensje, że nie dostał zwolnienia, inny że kroplówka była za słaba.
Pewnie dostał 0,45% sól, domyślił się Doktor.

A może jednak rozdawać serduszka, nalepki „Dzielny pacjent”? Może trzeba zakładać sobie klowni nos na gumce, przecież to nie żaden wstyd, a można by wywołać uśmiech na twarzy pacjenta?
Nasz Doktor wymknął się w końcu ze szpitala, nie budząc śpiących ochroniarzy z grupami inwalidzkimi.

Na ulicy zaczepił go Nieztych wysiadający właśnie z najnowszej limuzyny.
– No jak tam kubotanik, pomocny bardzo?
– Na razie nie było okazji wypróbować – zawstydził się Nasz Doktor.
– Oj, dzieciaku, dzieciaku. Wszystkiego cię trzeba uczyć. Kubotanikiem można w minutkę ustawić kolejkę, zbadać punkty spustowe bólu, że o innych zastosowaniach nie wspomnę. Więc odkrywaj, odkrywaj, korzystaj. To pacjent ma się bać, a nie lekarz.
Doktorowi zrobiły się oczy jak spodki…

Rodzina, rodzina...

Teraz zapragnął odwiedzić po dyżurze rodzinny dom, żeby zażyć trochę spokoju i wytchnienia od roszczeniowości i agresji, żeby pławić się w akceptacji. Jednak niestety wpadł z deszczu pod rynnę. W domu, jak w wielu polskich domach, panował terroryzm kulinarny.
Przemoc ta zaczynała się już w dzieciństwie wmuszaniem zimnego kotlecika. Żeby urosnąć, trzeba było jeść mięso. Nasz Doktor już będąc dzieckiem miał pewne podejrzenia, że chodzi raczej o uspokojenie własnego rodzicielskiego sumienia. Poza tym presja kulinarna miała wyraźny aspekt dydaktyczny. Coś jak wychowanie przez dokarmianie. Obecnie przejawiało się to podsuwaniem podwójnych porcji. W użyciu były też zranione spojrzenia, gdy nie wymiotło się wszystkiego z talerza. Natomiast o dziwo skończyło się sadzanie na parapecie podczas karmienia i ładowanie kolejnych porcji, a to za mamusię, a to za tatusia, a to za psa Filutka…
Tradycyjnie Nasz Doktor stał się celem dokarmiania. Przy okazji padały gotowe rady dietetyczne:
– Coś blady jesteś, może jakieś żelazo by się przydało, nic nie chcę sugerować...
– To ja jestem lekarzem – usiłował bronić się nieśmiało Doktor, zaatakowany Dobrocią. – Nic mi nie trzeba.
– I koniecznie selen i cynk, na włosy, paznokcie. A jak coś na skórze, to linomag. Jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Nasz Doktor miał podobne obserwacje co do linomagu.
Pojawiło się jedzenie i zapanował terroryzm kulinarny. Na nieśmiałe próby odmowy Doktor słyszał sakramentalne: najwyżej zostawisz.
I jak tu walczyć z Dobrocią? I czym zwalczać Dobroć?
Nasz Doktor przyłapał się na tym, że zjadł wszystko nawet bez karmienia, potwierdzając dobitnie, że z terrorystami się nie negocjuje.
No, to pojadłem, teraz będę miał siłę dyżurować, przedrzeźniał w duchu Doktor, ale grzecznie podziękował, pożegnał się i pobiegł rozszerzać sobie horyzonty medyczne w kolejnej pracy.

Rafał Stadryniak
internista

Podręczny słowniczek terminów medycznych
Kroplówka – forma prawidłowych relacji lekarz- pacjent.
Wenflon – wstęp do prawidłowych relacji lekarz-pacjent.
KEL – zaszyfrowane instrukcje do kroplówki.
Dobry lekarz – nie mylić z lek. med. Dobry Stanisław; zwrot służący do zawstydzania złych lekarzy; dawniej Dobra Wróżka. Ma kompetencje w zlecaniu kroplówek, ostatecznie poda szklankę wody.
Pacjent agresywny – człowiek, który wie, że zachowanie, które nie przeszłoby na poczcie i w urzędzie, w placówkach medycznych będzie poczytane za dobrą monetę i wyraz troski o swoje zdrowie.
Kubotan – obły przedmiot wielofunkcyjny, być może następca laski Asklepiosa.