Powinno się, trzeba, zaleca się, należy…

Motto: Są dwa rodzaje robienia makijażu: z konieczności i dla przyjemności.

ztrybuny400Rafał Stadryniak = @Grypa

Nasz Doktor właśnie kończył przeglądanie kolejnego periodyku medycznego. Z każdej strony straszyły słowa ostateczne. W zaleceniach, standardach wszystko było proste i jasne aż do bólu. Zwłaszcza dla prawników tropiących lekarskie potknięcia. Musisz to, musisz tamto, a po trzech minutach należy wykonać jeszcze to i owo ze względu na dopełnienie koniecznej staranności. To nieludzkie i praktycznie nieosiągalne w warunkach bojowych i dyżurowych, gdzie brakuje sił i środków, a materiał ludzki zużywa się w zastraszającym tempie. Można to porównać do sowieckiej doktryny rozpoznania bojem, gdy wysyła się mięso armatnie na wabia, aż nieprzyjaciel wystrzela się z nabojów.

Bezwzględny język medycyny

W standardach zaś królowała doktryna amerykańska, gdzie każdy wojak jest na wagę złota, a sprzęt jakim jest obwieszony, wart fortunę.

A gdzie kraina łagodności? – Nasz Doktor pytał sam siebie, nie mogąc doczekać się odpowiedzi. Czy źle by zabrzmiało np. „spróbuj rozważyć” i „na razie nie trzeba się śpieszyć, wrócimy do tej sprawy jutro”?

Nasz Doktor był zdumiony bezwzględnością języka medycyny. Język medycyny był zdecydowanie niesłowiański, pełen twardych dźwięków w rytm karabinu maszynowego. Podawał suche zalecenia, wskazania bezwzględne, prawdy ostateczne. Czy to na pewno ta sama medycyna, nauka humanistyczna, o której pisano, że widzi człowieka w chorym, który leczony jest przez człowieka?

A gdzie zachęta, perswazja, obietnica nagrody?

Nasz Doktor zatrzymał się dłużej nad słowem obietnica. Brzmiało bezpiecznie, elegancko, ale nie ostatecznie.

Zamiast o obietnicach w miłości, które „mogą, muszą i chcą być złamane” (tu Doktor błysnął cytatem, ale niestety nie pamiętał z czego) mówi się o sile zaleceń, strategii, check-liście badań, które muszą być wykonane przy przyjęciu i powtórzone w ciągu 3, 6, 12 godzin…

A gdyby nie tak obcesowo, tylko np. po dobroci, z większą dozą refleksji, bez presji czasu i nastawienia na efekt?

Nasz Doktor zamyślił się, bo akurat nie był w pracy i miał czas się zamyślić. W pracy zamyślanie jest wręcz niepożądane i może wprost spowodować kwestionowanie procedur, negowanie sensu wypełniania dziwnych druczków, a to już zwyczajna anarchia. Zaciągnął się myślami jak nałogowiec i przez krótką chwilkę poczuł, że rozumie komfort palacza, który smakuje dym i przez chwilę istnieje tylko on, papieros i ta chwila. Niestety, chwila przemija i zostaje tylko zapach spalenizny.

Podsumujmy, pomyślał Nasz Doktor, delektując się samą możliwością rozważania problemu bez towarzyszącej presji i oczekiwań rodziny chorego, która stoi murem u wezgłowia łóżka i bacznie przygląda się poczynaniom lekarza. Więc podsumujmy, co jest istotą medycyny: na pewno skuteczne pomaganie wg zatwierdzonych i sprawdzonych na dużych liczbach wzorów. Tylko ten język, ten język… Instrukcje składania mebli z Ikei zawierają więcej ciepła i tolerancji.

Nasz Doktor pamiętał nietrafione podręczniki przybliżające tematykę seksualną, w których język techniczno-biurokratyczny mógł skuteczniej niż sex-repelenty i nagłe pojawienie się ciekawskiej babci ostudzić nawet najbardziej namiętne zapały.

Mówiło się tam językiem zgoła nieromantycznym, sprowadzając przyjemne przecież zabiegi do jakichś etapów, które trwają tyle a tyle i kończą się tym czy tamtym. Tu nagnieść, tam pociągnąć i najważniejsze: znaleźć indywidualny kod, który trzeba jeszcze zapamiętać...

Nasz Doktor dobrze wiedział, że romantyzm w medycynie i podręcznikach wychowania seksualnego przeminął bezpowrotnie. Gdzież te pszczółki zapylające rozchylające się kwiatostany, gdzie zachęty dla lekarzy aby zaciekawić, oszołomić.

Wszędzie dominowała mowa oparta na faktach. Normą stało się podawanie 5-letniego przeżycia, procentu nawrotów choroby w ciągu roku, a do tego wszystkiego dołączano jeszcze formularz satysfakcji pacjenta z leczenia.

To akurat rozumiem, pomyślał Nasz Doktor. Medycyna to nic przyjemnego, a pacjentowi czasem trzeba wytłumaczyć jak dziecku, że amputacja kończyny była konieczna i teraz powinien być zadowolony.

popijawazzagrycha400

Na frasunek dobry trunek

Nasz Doktor snuł takie oto myśli niegodne absolwenta Akademii Medycznej i zajadał orzeszki ziemne, które de facto wcale nie są żadnymi tam orzeszkami. Ale spożywka to nie medycyna. Można wciskać każdy kit, jak tłuszcz i wodę z saletrą w kiełbasę. Byleby przedtem umyć ręce.

Z oparów wyrwał go znajomy głos kolegi Nieztycha, który najechał rodzinny azyl Doktora.

– Już weekend. Trzeba się napić. Powinniśmy się trzymać ustalonych procedur. Tysiące medyków z problemem alkoholowym nie na darmo przecierało szlaki. I nie myśl tyle, bo widzę, że wzrok masz błędny i zapewne nie myślisz trzeźwo.

– Bardzo jeszcze trzeźwo – odgryzł się Nasz Doktor, ale pozostawał ciągle w stanie porażenia intelektualnego po powitalnej mowie Nieztycha. Te same słowa, które raziły ze stron podręcznika medycznego, nagle stały się takie przyjazne, takie ciepłe. – A co będziemy dzisiaj męczyć?

– Na dzisiaj mamy w programie produkt regionalny. – Tu Nieztych wyciągnął teatralnym gestem butelkę, którą do tej pory tulił pod pachą. Zaprezentował ją jak dumna matka pięciokilowego niemowlaka, delikatnie kładąc ją na przedramieniu. – Pigwówka-nówka. Dostałem od wdzięcznej pacjentki. Już nie pamiętam, co jej zrobiłem, ale na pewno była wdzięczna, skoro przyniosła.

– Może lepiej tak przypomnij sobie, z czym była. – Nasz Doktor był zwolennikiem bhp zarówno w pacy, jak i w domu, bo wiedział, że trzymanie się procedur niejednemu ocaliło skórę, nawet jeśli nie chadzało się po szczytach intelektu.

– Nie marudzimy, bo czas ucieka – Nieztych był przyzwyczajony, że niektórzy osobnicy tak mają, że się muszą trochę pokrygować, zanim ulegną. – A do tego swojska kiełbasa prosto od myśliwego. Zero wody, dziczyzna w 50 procentach. Robił dla siebie, ale podzielił się ze swoim ulubionym doktorem. Nawiasem mówiąc, jak mnie tam wszyscy lubią. – Nieztychowi włączyło się automatyczne chwalenie.

– A temu co zrobiłeś?

– W sumie nic. Zawiozłem go do szpitala. Miał wypadek na polowaniu. Siedział na niskiej ławeczce z innymi cichociemnymi w strojach panter i spożywał, co za niespodzianka, produkty regionalne. Obok przycupnął taki kolega 100 plus kg i ławeczka się zarwała, a on nie zdążył wyciągnąć spod niej nóg. Oba podudzia w drzazgi połamane. Powiedział, żebym zabrał sobie całą kiełbasę, bo za bardzo pachnie czosnkiem, a teraz przed operacją i tak nie będzie nic jadł.

Nasz Doktor przyjął te wyjaśnienia, które musiały wystarczyć za metki i ulotki. Pomyślał przy tym ciepło, że lekarz musi mieć również zaufanie do pacjenta, a nie tylko pacjent do lekarza.

Podbudowany takimi dowodami hojności czy wręcz rozrzutności ludzkiej Nasz Doktor też zapragnął się popisać. Na jednej nodze skoczył do barku i wyciągnął mieszankę czekoladową.

– Cu-kie-recz-ki jak-by ma-lo-wa-ne – zaczął zachwalać. – Ten od pani Jadzi, ten od Helenki, ten pani Zofia przyniosła, jak zapadła na cukrzycę, a ten to pan Tadeusz w największy mróz przyniósł w kieszeni, żeby nie zamarzł.

Niezytch był lekko zbulwersowany, ale Nasz Doktor uświadomił kolegę, że rodzinny nie dostaje cukierków na wagę, tylko na sztuki – po jednym na wizytę. I tyko wtedy jak naprawdę zasłuży.

Poza tym, gdy próbował nie przyjmować słodkich pokus, pacjenci się obrażali. Nasz Doktor przypomniał sobie, że kiedyś dostał całą półkilogramową paczkę tofików. Pacjentka, oczywiście z cukrzycą i z tych co „nic nie jedzą”, przyciśnięta do muru w końcu przyznała, że lubi sobie zjeść takie pół kilo cukru przed snem. Żeby nie spadł cukier w nocy – dodała sprytnie. Nasz Doktor znał ten tok myślenia, jednak zjedzenie pół kilo słodyczy na raz i tak robiło wrażenie. Po przeprowadzeniu rozmowy edukacyjno-dietetycznej pacjentka zrozumiała swój błąd oraz wyjęła pudło tofików z torebki i zostawiła na biurku. „To dla Doktora. Dzisiaj i tak już nie będę jadła. Obrzydził mi Doktor.”

Nasz Doktor przyjął dar z pokorą. Może nie do końca o to chodziło w edukacji, ale OK.

– No to jak już powiedziałem, weselmy się i radujmy się! – zakrzyknął dziarsko Nieztych, wznosząc toast. A Doktor mu zawtórował:

– Za kasy fiskalne dla wszystkich. Niech nie będzie tylko nasza krzywda!

Wiadomo, że pierwszą pięćdziesiątkę trzeba wypić szybko. Tak szybko, żeby załadować następną na jednym wdechu. Nasz Doktor nie pamiętał, gdzie to zapisano, ale absolutnie daleki był od kwestionowania standardów.

Nagły przechył i szybki łyk, a potem do kiełbasy, do kiełbasy, która leżała podziabana na talerzyku w zasięgu ręki. Niepisane standardy mówiły, żeby zagryźć przepisowo swojszczyzną.

– O, cholera! – wyrwało się jednocześnie obu smakoszom. Pigwówka okazała się 100% sokiem, w dodatku niemożliwie słodkim.

– A ja jej zaufałem – rozpaczał Nieztych. – Tak jej dobrze z oczu patrzyło.

Ostatecznie mimo początkowego szoku Doktorzy zjedli po pół kilo dzikiej kiełbasy od przetrąconego myśliwego i wypili cały sok, który dziwnie dobrze komponował się z całością.

Ciekawe co powiedziałby na to Makłowicz, Okrasa, Paskal albo i sama Wachowicz?

Po konsumpcji doktorzy ustalili, że jednak wszystko było bardzo dobre, ale na przyszłość należy zakupić przyrząd do oceny zawartości alkoholu w płynie i ewentualnie alkomat. Co do kiełbasy, zgodzono się, że wystarczy wystrzegać się koloru zielonego i będzie dobrze. Być może trzeba także propagować spożywanie wędlin z sokiem zamiast wódki.

Cukierki zostały z powrotem odstawione na honorowe miejsce w barku. Ich pora jeszcze nie nadeszła. A może przyjdą takie czasy, że pacjenci zażądają ich zwrotu?

Absolut medyczny

Nasz Doktor już widział, jak Hipokrates uśmiecha się z obłoczka i kiwa ze zrozumieniem głową. Nic dziwnego. W czasach gdy działał, cała medycyna była właściwie dietą i etyką…

Efekt kontaktu z absolutem medycznym został osiągnięty łatwo i przyjemnie, bez użycia innych niż woda rozpuszczalników.

– Aha, trzeba jeszcze koniecznie podzielić się z wszystkimi tym odkryciem kulinarnym, zanim wpadnie na nie ktoś nieodpowiedzialny, niezwiązany z branżą – podsumował Nasz Doktor.

Nasz Doktor i Nieztych żegnali się długo, dywagując o dopuszczeniu do swojego towarzystwa niepijących niewiast. Zresztą te niepijące w środowisku pijących i tak zachowują się jak po spożyciu, więc wszystko jedno.

– Musimy to powtórzyć. Następnym razem malinowe szaleństwo z kiszką pasztetową – Nieztych nawet nie mrugnął okiem, układając plan na kolejny tydzień. Za to prawie niedostrzegalnie drgnął mu kącik ust. – Tym razem u mnie i bez żadnych cukierków – doprecyzował ściszonym głosem. –Tylko nie mów nikomu, co pijemy do kiełbasy. Będzie to wymagało dalszych badań, a póki co, trzeba trzymać sprawę w ścisłej tajemnicy.

– Ma się rozumieć, w ścisłej tajemnicy – powtórzył grobowym głosem Nasz Doktor.

Niestety, ani tydzień, ani dwa tygodnie później nie znaleziono czasu, aby kontynuować szlachetny eksperyment. W życiu tak bywa.

Sprawa jest wciąż otwarta.

Rafał Stadryniak
internista

Rysunki Zen