Leczą y bawią

Motto: Happiness was born a twin. (Lord George Gordon Noel Byron)

wazkijankowy 200

Rafał Stadryniak = @Grypa

Lekarze w powszechnym mniemaniu uchodzą za sztywnych nudziarzy zajętych zarabianiem pieniędzy na swoje luksusowe samochody i sztruksowe brązowe marynarki, co nie jest całą prawdą. Medycyna może być także wesoła. Wesoła dla lekarzy i wesoła dla pacjentów. Najlepiej gdyby działo się to jednocześnie.

Śmiech i zdrowie

Nasz Doktor był już na tyle zorientowany w oczekiwaniach gości przychodni, że nie próbował nawet żartować, gdy nie wyczuwał nutki przyzwolenia, czyli pewnego rodzaju chemii. W tym konkretnym przypadku chemii gospodarczej. A jak już żarty idą w ruch, to i uleczalność wzrasta i wszystkie strony zadowolone. Wilk z NFZ syty i owce całe.

Właśnie z gabinetu Doktora wyszła kolejna rozradowana pacjentka. „Co Doktor jej zrobił?”, pytały z niedowierzaniem pielęgniarki. „Przecież ona jest z dnia na dzień bardziej chora, skrzywiona, skwaszona. Za to regularnie zjawia się w przychodni. Można zegarki regulować”.

Co zrobił, zaraz co zrobił. Nasz Doktor nie miał wiele do powiedzenia, bo wiadomo, tajemnica lekarska, ale fakt faktem, że były żarty, śmiechy i tworzenie wspólnego frontu przeciwko chorobie.

Jeszcze lepiej udało się stworzyć wspólny front, a nawet dwa fronty z następną pacjentką. Wiadomo, że była chora i zbolała, ale jeszcze nie całkiem chora i niezbyt zbolała. Nasz Doktor zauważył podczas badania, że pacjentka występuje w jednym kolczyku. Czasem jest to specjalny smaczek, ale nie tym razem. Tym razem po prostu kolczyk się gdzieś urwał. Czujny Doktor wypatrzył ozdobę za staniczkiem. W trakcie badania, ma się rozumieć. Śmiechu było co nie miara.

Pierwsza pomoc, jak to w takich przypadkach, została udzielona. Pielęgniarki twierdziły później, że zza drzwi dobiegał wręcz nie śmiech, ale chichot. Doktor radził zająć się statystyką i raportowaniem do centrali zamiast podsłuchiwania, ale przez głowę przemknęła mu kosztowna myśl, żeby wyciszyć drzwi.

Kontrol i śmiech

Dobra nowina o nowych sposobach leczenia lotem błyskawicy obiegła okolicę i odbiła się od lokalnej dyspozytury NFZ. Zgłaszały się pacjentki, jak to się mówi beznadziejnie chore, i zawsze coś tam im się pomogło albo coś tam się wytłumaczyło. Wiadomo bowiem nie od dzisiaj, że choroba znana mniej boli.

Gorzej że NFZ zainteresował się praktykami Doktora. Niby przypadkiem zjawiła się dawno nie widziana kontrola z NFZ. Członkowie tego ciała mieli w oczach mordercze błyski, a na twarzach wypisane przesłanie: Teraz my ciebie wyleczymy!

Już drugiego dnia kontroli nastąpił przełom i żeńską część superwizjerów nagle zaczęły śmieszyć dykteryjki i drobne żarciki. Po prostu kobiety się odblokowały. Może też sprawdziła się stara taktyka, żeby za bardzo nie przejmować się kontrolą, bo i czasu na to nie było. Lepiej wyjść z założenia, że kontrola, tak jak biegunka, czasem się trafia i zawsze musi coś znaleźć i jakiś sztraf trzeba będzie zapłacić. Wcześniej funkcjonowało coś takiego jak fundusz na kary, ale centrala tak rozwinęła możliwości nakładania mandatów, że fundusz w obecnej wysokości nadawał się jedynie do zafundowania wszystkim pączków w celu poprawy humoru.

Nasz Doktor miał w zasadzie wszystko w porządku. Tablica ogłoszeń była czytelna. Protokoły z utylizacji odpadów medycznych w porządku, a co do leków ordynowanych niezgodnie z aktualnymi zasadami refundacji (możliwość zmiany w przyszłym tygodniu) Doktor zadeklarował, że chętnie zapłaci z tych pieniędzy, które zresztą dostaje właśnie z NFZ. Wzbudziło to niekłamany entuzjazm wśród ciał kontrolujących. Nasz Doktor zanotował sobie w pamięci, że samokrytyka i skłonność do dobrowolnego poddania się karze jest dobrze odbierana.

Na koniec zjedzono jeszcze wspólnie pączki i pośmiano się z homeopatii, ponarzekano na pogodę i skończyło się.

Było trochę radości jak starsza pani dowiedziawszy się, że to „kontrol z Kasy Chorych” uwija się tak w przychodni, zaczęła głośno wychwalać. A szło to mniej więcej tak: lekarze dobrzy, pielęgniarki jeszcze lepsze i do tego miłe, igły zawsze naostrzone i drzwi też nie skrzypią. Jak pacjentka przeszła do tej części peanu, w której wychwala za tzw. przedłużanie leków bez zbędnych ceregieli, Nasz Doktor dyskretnie ją wyprosił. Nawet gdy wyszła, jeszcze jej usta chwaliły przychodnię. Kontrolerki były pod wrażeniem, ale niestety nie znalazły rubryki pod tytułem „Wrażenia artystyczne z leczenia”, a poziomu satysfakcji nie badały. Może z czasem Fundusz będzie lepiej płacił za leczenie śmiechem i dobrym słowem, ale póki co śmiechemleczenie było nieoficjalną mutacją bardzo poważnej medycyny oficjalnej.

Śmiech i śmierć

Nasz Doktor przypomniał sobie sławetne Imię róży Umberto Eco, gdzie wielu mnichów przypłaciło życiem styczność z dziełem Arystotelesa (nieznanym wcześniej), a traktującym o śmiechu. Śmiech nie zmieścił się w tradycyjnym uprawianiu filozofii, a ochrona przed zepsuciem jakie powoduje zebrała obfite i krwawe żniwo w książce. Zresztą aniołem zemsty okazał się ślepiec, niesamowicie przebiegły.

Śmiech i uzdrawianie

W uprawianiu szlachetnej sztuki uzdrawiania śmiech nie był zupełnie zakazany. Zalecali go wielcy medycy. Chodziło o to, że śmiejąc się nie tylko dajemy popracować przeponie w sposób zbawienny dla ustroju, ale że wydzielają się mediatory. Okazało się, że nawet wymuszony uśmiech czy zwykły półgębek wystarczają, żeby pod wpływem usłużnych przekaźników zmieniło się nasze nastawienie.

Może następnym etapem będzie wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych na mięśniach mimicznych twarzy, daj Boże, żeby na NFZ. Nieprzypadkowo też pierwszym anestetykiem w nowszych czasach okazał się gaz rozweselający.

Z tym dobrym humorem nie jest taka oczywista sprawa. Między innymi dlatego, że Fundusz za to nie płaci. O ileż ciekawiej byłoby, gdyby płacił. Już widzę te rzesze młodych lekarek uczących się na pamięć fajnych i dowcipnych otwarć dialogowych lub w najgorszym wypadku monologowych. Już widzę te młode twarze świeżo upieczonych lekarzy opowiadających pacjentom dowcipy, dyskretnie zerkając w notatki.

Czasem zabawa nie jest oczywista ani obustronna. Przychodzi np. pani i od progu woła:

– Doktorze, mam trzy życzenia, trzy życzenia!

A co to ja jestem złota rybka? – myśli Nasz Doktor, ale czeka na ciąg dalszy.

– Więc morfologia, mocz, OB, cukier...

To już cztery, o ile umiem liczyć życzenia – myśli Nasz Doktor, ale inercja i doświadczenie podpowiadają mu, żeby nie przerywać.

– …i skierowanie do sanatorium i zaświadczenie po socjal do pracy – pacjentka zdaje się ignorować myśli Doktora.

Ale cóż, dzisiaj taki dzień, że życzenia się spełniają. Pacjentka została oczarowana szybką i profesjonalną, jak się wyraziła, obsługą i nie zawahała się sięgnąć po tę dobrze zakamuflowaną pochwałę.

– Jak coś będę potrzebowała, to jeszcze przyjdę – rzuciła na pożegnanie niby to groźbę.

Nasz Doktor miał tylko jedno życzenie – tak jak złota rybka po pracy chciał złapać trochę tlenu.

Śmiech i łzy

Nie zawsze jednak wszechświat spełnia nasze oczekiwania. Po beztroskiej rozrywce, zabawie jest i czas na gorzki uśmiech przez łzy.

Kolejny pacjent był jedyny w swoim rodzaju. Pojawiał się podpity i w pełnym stroju kibica: czapka, koszulka, szalik, gwizdek. Był jak kolorowy ptak w szarej przychodnianej rzeczywistości.

Wcześniej, gdy zjawiał się w pełnym blasku klubowych akcesoriów, przechwalał się posiadaniem kobiety w Anglii, która jest z nim w ciąży. Kobieta, nie Anglia. Spodziewa się zatem potomka z podwójnym paszportem i solidnego zasiłku.

Dzisiaj potrzebował kontynuacji leczenia. Był też jakby bardziej trzeźwy niż zazwyczaj. Doktor w końcu zorientował się, że nie wiadomo co słychać na Wyspach, jak tam ciąża. Jak zwykle, gdy miał możliwość otrzymania informacji z pierwszej ręki, nie zawahał się spytać.

Kibic skrzywił się.

– A, pokazało się, że to nie ciąża, tylko marskość wątroby, a już była prawie przed porodem… Teraz muszę dostać jakąś grupę – ciągnął kibic – żeby iść do pracy.

Nasz Doktor nawet nie drgnął, słysząc kanoniczny paradoks polskiego rynku pracy. Gdzieś z tyłu głowy zostawił też niedoszłą ciężarną, która została w Anglii. Swoim gadzim medycznym mózgiem zanotował tylko, że takie rzeczy się zdarzają i nic nie można na to poradzić.

Na dzisiaj już dosyć tych niespodzianek. Albo nie, pani co gubi kolczyki w biustonoszu, mogłaby się pojawić raz jeszcze…

Z niespodziankami i zabawą jest pewien nierozerwalny związek, ale rzadko dotyczy to medycyny. Normalnie każdy dowcip polega z grubsza na zaskoczeniu słuchacza skojarzeniem, zmianą optyki, a czasem grubym słowem. Czasem uporczywie powtarzana fraza w końcu staje się śmieszna. Śmiejemy się jednak głównie z zaskoczenia. Taka reakcja przystosowawcza. Śmiechem oswaja się nagłą stratę, niemoc i bezradność. Obśmiany i oswojony koszmar jest możliwy do zaakceptowania. W medycynie ten patent jakby nie działa. Nowotwory są nienazywane z imienia. Standardowo mówi się o tym, „co chodzi tyłem”. Albo używa eufemizmów podsłuchanych w gabinecie lekarza, tak jakby mogło to coś pomóc.

„Plama na płucach, cysta na jajniku, zgrubienie na kości…

Nie da się tego obśmiać.

Nasz Doktor właśnie kończył urzędowanie, gdy razem z pojedynczym pukaniem, a właściwie pukając w otwarte już drzwi, wpadła do gabinetu właścicielka kolczyków i stanika.

– Panie Doktorze, taką mam do Doktora śmiałość. Mam taką krostkę na plecach. Mógłby mi ją Doktor wycisnąć?

Rafał Stadryniak
internista

PS Nasz Doktor właśnie postawił śmiałą, ale niezbyt oryginalną tezę: tak jak w niektórych dziedzinach bez wódki nic się nie uda, tak w lecznictwie bez uśmiechu, choćby wymuszonego, skazani jesteśmy na klapę. I nie chodzi o to, że dowcip zastępuje wódkę, bo nie zastępuje. Rozejrzyjmy się dokoła. Jeśli wśród nas są jednostki lekarskie leczące na poważnie, należy dla ich dobra skontaktować się z psychiatrą lub od razu z farmaceutą.

Rys. Zen