Pacjent poszukujący kontra system ochronny zdrowia

Chce pan naprawić błędy systemu?
Był tu już taki dziesięć lat temu
K.I. Gałczyński

Pomnik2 300

Rafał Stadryniak = @Grypa

O tym, że swojego zdrowia i szczęścia, w tym żony (przyp. autora) trzeba szukać aktywnie, wie każdy. A jak się już znajdzie, to nie wolno wypuścić z rąk.

Zdrowie jest stanem kruchym

Pacjenci szukają swojego zdrowia dosłownie wszędzie, także w przemówieniach ministra od, nomen omen, zdrowia. To już czysta i żywa perwersja, westchnął Nasz Doktor, zamykając drzwi i osuwając się na kręcony taboret obszyty tandetnym zmywalnym skajem „pod sanepid”. Pacjentka, którą aktywnie i bez większego żalu pożegnał, była właśnie z tych poszukujących. Nie żadne tam – stój w kącie, znajdą cię albo zdaj się na specjalistów.

Doktor był niezmiennie zadziwiony renesansową wszechstronnością pacjentki. Leczyła się tu i tam, u wszystkich możliwych fachowców. Chorób nie za bardzo było widać na horyzoncie, ale podziw i szacunek budziła ponura zajadłość pacjentki w wynajdywaniu problemów. To wszystko mocno podparte sensacjami z internetu owocowało inicjowaniem diagnostyki kolejnej nieuchwytnej choroby. Pacjentka zaś nie miała zwyczaju ani zamiaru dorzucać się do diagnostyki widmowych chorób i regularnie wymagała od podstawowej opieki ciągłych „badań kontrolnych i kompleksowej opieki”.

Kontrolnych, ale czego? – tego nie pojmował logiką w swej naiwności Nasz Doktor. Zaczynał podejrzewać, że może przyczyną tego stanu nie jest zwykła nerwica. Może to deficyt uwagi lekarzy wzmaga niepokój pacjentki? A może padła ofiarą politycznej nagonki na przychodnie i jednocześnie stała się ofiarą propagandy sukcesu ministerstwa i jakimś powiedzmy więźniem sumienia? Prawda mogła być banalnie prosta. Zdrowie jest kruchym stanem, do tego postrzeganym subiektywnie. Łatwo go naruszyć i zniszczyć. Za to chorym można być łatwiej, bo na tysiące sposobów.

Nasz Doktor nie za bardzo orientował się w meandrach gwałtownie rozwijającej się dyscypliny, jaką jest ochrona zdrowia. Ot, na studiach liznął zaledwie przedmiotu i szczęśliwy był, że go zaliczył, nie przypuszczając nawet, że będzie to najważniejsze zaliczenie w życiu.

Gorzkie żale

Zasadniczo wszystko kręci się wokół tematów związanych z prokreacją oraz zarabianiem. I to jest zdrowe. Gdy zaś oś życia kręci się wokół zdrowia, zdrowoholicy, podobnie jak sekso- i zakupoholicy muszą codziennie pofolgować sobie w tzw. placówkach służby zdrowia. Tam czują się jak ryba w wodzie. Po prostu czuja, że żyją. Im dłuższa kolejka, tym lepiej.

Lekarz się grzebie przy przyjmowaniu? Co za fatalna obsługa!

Nie przyjął? Nie wypisał badań? Nie dał renty? Co za cham i brutal!

Sposobem na opisywanie swoich kontaktów z medycyną jest permanentne narzekanie:

Na kolejkę (jeszcze nikt w życiu nie chwalił się, że został wciśnięty między dwóch zapisanych pacjentów). Nasz Doktor zauważył nawet, że ci gratisowo załatwiani są jeszcze bardziej niezadowoleni i podejrzliwi, wobec czego unikał takich sytuacji.

Na pobierające krew pielęgniarki (nie daj Boże, gdyby zrobił się siniak). Mimo ponad dziesięciolecia stosowania sprzętu jednorazowego zawsze znajdzie się jedna osoba, która opowiada, jak to miała iniekcję robioną brudną igłą.

Na kaszel, który nie daje spać już od tygodnia, a tu rentgen niezrobiony, o wymazach z gardła nie mówiąc.

Dodatkowo w eterze królowała właśnie reklama: Jesteś tego warta. Przekaz trafił na podatny grunt, bo siła jego rażenia nie ograniczała się tylko do płci nadobnej. Nikt już nie pamiętał, że reklama pierwotnie odnosiła się do jakiegoś kremu do rąk czy podobnego luksusu.

Nasz Doktor próbował zrozumieć, skąd biorą się te gorzkie żale i nieufność wobec jednego z najstarszych zawodów świata – medycyny. Może jest to sposób manifestowania swojej niezależności, poszerzania granic wolności?

Z drugiej strony faktem jest, że ci walczący „ogniem i żelazem” pacjenci są lepiej traktowani, czyli np. już za trzecim podejściem są przyjmowani do szpitala, bo a nuż za hipochondrią skrywa się jakaś poważna choroba? Niestety, krzykacze i terroryści przychodniani osiągali zdecydowanie więcej.

Nasz Doktor jako lekarz rodzinny zetknął się na szkoleniu z radzenia sobie z pacjentami z prostą typologię skandynawską pacjentów POZ. Takich, co ich nie obchodzi żadna kolejka, nie są grzeczni, nie współpracują i urządzają awantury, zaleca się załatwiać poza kolejnością, z przesadną grzecznością, nie żałując wyjaśnień i badań. Czyli generalnie z zaciśniętymi zębami i promiennym uśmiechem.

Kilka obrotów na taborecie medycznym i skrzyp sztucznej zmywalnej skóry zdziałały cuda. Doktor zaczął stopniowo wygaszać myśli i nastrajać się profesjonalnie do przyjęcia następnego pacjenta. Jeszcze gdzieś przepłynęła delikatna asocjacja, że być może pacjenci, którzy się starają i współpracują, są lepiej postrzegani przez leczących, chociaż wrodzony i nabyty profesjonalizm nakazuje wszystkich traktować jednakowo.

Coś piszczy

Czas przy pracy szybko mija, więc wkrótce zrobiła się godzina W: wyjścia Doktora do domu, czyli na dyżur. Gdy Doktor opuszczał przychodnię, został zaczepiony przez jakiegoś mężczyznę biblijnymi słowami:

– Ja do pana.

Oho, pomyślał sobie Doktor, nie zwalniając kroku.

– Ja do pana – powtórzył osobnik jeszcze bardziej konfidencjonalnie.

To chyba jakieś hasło, wydedukował sprytnie Nasz Doktor.

– A ja do domu – równie poufnym szeptem poinformował cofającego się pod jego naporem, bo już widział drzwi wyjściowe. A za nimi rozlewała się jasność.

– Kazał mi pan przyjść za tydzień do kontroli, to jestem – rozwijał temat niezrażony nieznajomy. – Niech się pan zarejestruje na jutro – podpowiedział Doktor, który jednakowoż nie czuł się komfortowo. Powiedział pacjentowi, że „do domu”, a tu właśnie idzie na dyżur. Czyli ohydne kłamstwo. Zdecydowanie nie białe, bo nie dla dobra pacjenta.

Po drodze podskoczył jeszcze do domu lub raczej stacji przesiadkowej, żeby przepakować rzeczy na dyżur, tym razem w karetce ratunkowej. Wiedział i czuł, że dyżur to nie jest najlepszy sposób spędzania wolnego czasu, ale taką miał metodę na zarabianie pieniędzy. Poza tym w przerwach miedzy kolejnym zgłoszeniami jest czas na poszerzanie swoich horyzontów medycznych – rozgrzeszał się w myślach. A czasem nawet, o zgrozo, można poczytać kryminał.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj odbywał się festiwal zgłoszeń dla pogotowia. Wyjazd za wyjazdem. Syreny wyły, hamulce piszczały. Karetki śmigały we wszystkie strony. Nerwy puszczały.

Właśnie przyszło zgłoszenie duszności u pacjenta na respiratorze. Na miejscu największym wyzwaniem okazała się żona pacjenta, która lamentowała w trybie ciągłym i za żadne skarby nie zgadzała się na przewiezienie chorego do szpitala: – Tam go zaraz wezmą na OIOM – desperowała.

Doktor usiłował tłumaczyć, że to dobrze (czyli z pacjentem niedobrze), że tam trafi, ale wszelka argumentacja rozbijała się o przekonanie, że w szpitalu zaraz zrobią mężowi jakąś krzywdę. W końcu zapadła decyzja o przewiezieniu do SOR.

I bez lamentującej kobiety kłopotów było co niemiara z transportem pacjenta i jego pokaźnego respiratora.

Karetka zajechała na oddział ratunkowy z przytupem, na sygnale, a tu jakby inny świat. Cichawo, pustawo, nic się nie dzieje. Wiało nudą. Pielęgniarka, która się pojawiła, zapytała zdawkowo:

– To przywieźliście pacjenta?

– Nie, przyjechaliśmy podbić sobie pieczątką na karcie wyjazdowej – zażartował wesoły sanitariusz, ocierając pot z czoła po sportowym dźwiganiu z trzeciego pietra.

Przy przekazywaniu pacjenta na SOR odezwał się głośny alarm i nie był to pogłos syreny z karetki. Dźwięk nie pozwalał się zignorować. Wysoki, przenikający. Podejrzenie padło na respirator. Mądre głowy ponaciskały każdy możliwy guzik, a piszczenie jeszcze się nasiliło. I tak pewnie wszyscy potraciliby głowę, gdyby nie dzielna pielęgniarka, która wykryła, że to pacjentowi wypadł aparat słuchowy i ten oto mały gadżet za sprawą dodatniego sprzężenia zwrotnego jest właściwą przyczyną bezlitosnego hałasu. Sytuacja została opanowana, żeby nie powiedzieć wyciszona.

A w uszach szumi

Nazajutrz jeszcze do południa Nasz Doktor miał uszy pełne pisku aparatu słuchowego zamiast tradycyjnie osławionego wycia karetki. Zresztą już od dawna karetki nie tylko wyją, ale również zawodzą, jęczą, a nawet kląskają.

„O tym-że dumać na paryskim bruku, przynosząc z miasta uszy pełne stuku” – zaszumiało Doktorowi w uszach echo słów wieszcza zupełnie jak szelest muszli będący odległym wspomnieniem po oceanie.

Pacjent poszukujący Doktora już był i czekał przed gabinetem.

– Już jestem – przedstawił się. – Ja do pana.

Doktor nie negował, nie oponował, nie uciekał. W ogóle po wczorajszej ekspozycji na dźwięki był dzisiaj dziwnie uprzejmy, obojętny i jakiś taki plastikowy.

Nie zdziwił go kolejny pacjent forsujący drzwi gabinetu z okrzykiem:

– Ja tylko po receptę!

– To proszę do recepcji – błysnął niedocenionym i tak dowcipem Nasz Doktor. Zresztą pacjenci rzadko podejrzewają, że ich Doktor może mieć jakieś poczucie humoru i ewentualnie czemu by miało ono służyć.

Pacjent nie poddawał się tak łatwo, wiedząc, że jak zacznie od rejestracji jak wszyscy, to zejdzie mu w przychodni co najmniej z godzinę.

– To recepta nie dla mnie, tylko dla babci – wyciągnął asa z rękawa.

– To w takim razie zapraszam babcię do recepcji – podsumował Doktor. – A panią – tu zwrócił się do pacjentki, która już była w gabinecie – poproszę o rozebranie się. Kobieta zaczęła się ochoczo pozbywać garderoby, a napastnik „w imię babci” zmuszony został do panicznego odwrotu.

„Patrz, Kościuszko, na nas z nieba...” przypomniało się Doktorowi i aż jęknął ze zgrozy, bo dalej cytat rozwijał się zgoła w stylu horroru: „Jak w krwi wrogów będziem brodzić...”.

Jeszcze przez drzwi słychać było złorzeczenia niedoszłego dysponenta recepty. Wszyscy na poczekalni dowiedzieli się, że przez nieużytego lekarza bez estazolamu nie uśnie teraz babcia, a za nią nie usną wszyscy domownicy po kolei.

I tak to pojedynczy czyn lub zaniechanie lekarza ma moc masowego rażenia, pokiwał głową Nasz Doktor, który już dawno podejrzewał, że zawód lekarza jest wyjątkowo odpowiedzialny.

#

Po pracy Nasz Doktor był cały czas jakiś rozkojarzony. Może brakowało mu szumu kół, gwizdu sztucznego ucha i zawodzenia syren? Zastosował się do znanych wytycznych nakierowanych na przedłużanie życia: jak biegniesz, to zacznij iść, jak idziesz, to sobie siądź, jak siedzisz, to lepiej się połóż, a jak już leżysz, to najlepiej się prześpij. I tak też zrobił, twórczo pomijając etapy pośrednie. Nasz Doktor prosto z biegu położył się… i zasnął. Śniła mu się totalna abstrakcja. Niewypisane pigułki nasenne.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen