Nasz Doktor u wód

Są ogrody
Gdzie płatki kwiatów
Przytulą Twoje nozdrza
Najdelikatniej
A owoce powierza się
Rękom i ustom
Z ufnością (…)

Są ogrody
Słodkiej zagłady
Gdzie męską jest rzeczą
Los kusić
I uchodzić bez szwanku
Lecz lepiej znać je
Tylko z opowieści

Piotr Karbowniczek Pieśń z Najnowszego Testamentu z tomu Oddech wędrowca

orkiestrazen660 

Rafał Stadryniak = @Grypa

Nasz Doktor, tak jak wszyscy normalni ludzie, miał sny rumiancyjne. Sen nie pozostawiał skrawka pola do interpretacji klęsk inaczej niż jako klęski. Wszystkie studnie zatrute, ziarno wydziobane, kobietom obcięto włosy na krótko i wszystkie dzieci nasze.

Po przebudzeniu czuł wokoło jakiś niepokój, który nie rozwiał się wraz z aromatem pierwszej kawy. Dopiero praca przywróciła właściwe proporcje. Nasz Doktor zdał sobie sprawę, że to nocowanie w domu ma taki zgubny wpływ, pobudzający ukryte niepokoje. Po ostrej jeździe w pogotowiu czy walecznym dyżurze na oddziale nigdy mu się taka przypadłość nie trafiała. Przypadkowy kontakt z poduszką owocował snem kamiennym z amnezją. Nie chwalił się tym nikomu, bo po co usłyszeć to, co oczywiste, że lekarze to mają dobrze, bo praca im służy.

Otrząsnął się z tej smużki nieokreślonego lęku i z ostatniej refleksji gdzieś koło południa.

Ogrom problemów, z którymi ludzie przychodzili do przychodni, potrafił przyćmić nie tylko rozterki i lęki własne lekarza, ale nawet jego dobry humor i szczęście…

W depresję nie popadał tylko dlatego, że kiedyś nauczył się, czym może być asertywność w praktyce. Nie, nie na jakimś kursie specjalistycznym czy studiach wieczorowych. Po prostu w sytuacji granicznej „make or brake” wybrał opcję „make” i tak już mu zostało.

Gdyby nie cudowna zdolność do wsłuchiwania się w cudze nieszczęścia i pozostawania przy zdrowych zmysłach, lekarze przechodziliby na rentę jeszcze wcześniej niż strażacy.

Pacjenci, ci bardziej wymagający i staromodni, nie zgadzali się na asertywność, myląc ją z nieuprzejmością, brakiem zaangażowania lub lekceważeniem. Nie ma to jak ktoś posłucha o wszystkich naszych kłopotach i się przejmie…

Nasz Doktor miał kolegę, któremu chętnie opowiadał o swoich. Właśnie jemu jednemu. Ten słuchał cierpliwie i nigdy nie przerywał. W końcu Doktor zaczął coś podejrzewać. Zapytany wprost, o co tu chodzi, kolega wyznał z rozbrajającą szczerością: ja tak lubię słuchać, jak narzekasz. Nasz Doktor raz na zawsze wyleczył się z narzekania, ale nadal doceniał aktywne słuchanie.

Niestety, jak to przy słuchaniu, dochodziło do zaburzeń relacji lekarz-pacjent typu głuchy telefon.

Zespół Reja

Właśnie nadeszła pacjentka, której Doktor nie znał bliżej i vice versa zresztą. Otóż ta nieznajoma domagała się leków na zespół Reja. Nauczony doświadczeniem i skażony starannością zawodową Nasz Doktor usiłował ustalić co to za zespół, zanim przepisze paracetamol i witaminę C. Prośba „spell it” nie trafiła na podatny grunt. Również próba przeliterowania się nie powiodła.

Na szczęście sprawa była banalna i, że tak się wyrażę, w gestii POZ, a Nasz Doktor był dobrze przygotowany do swoich zadań. Wyciągnął opasły słownik eponimów i wspólnie z pacjentką zaczął odczytywać kolejne choroby zaszyfrowane najczęściej w nazwiskach lekarzy. Przy zespole Raynaud pacjentka podskoczyła radośnie. To ten Rej!

Nasz Doktor był umiarkowanie zadowolony z tego Reja, który zawsze bardziej dokuczał teraz, w chłodnej porze roku. A sezon był, można rzec, depresyjno-narciarski. Pacjentka nie akceptowała rękawiczek, a do leków nie miała cierpliwości. Rozstała się z Doktorem, zostawiając numer telefonu, że w razie jakby wynaleźli czasem lek na Reja, to Doktor zadzwoni. Niech i tak będzie.

Koleżeńska rada

Gdy minęła chwili refleksji nad postępem medycyny i koniecznością korzystania ze słowników w pracy, odwiedził Naszgo Doktora częsty ostatnio gość, doktor Nieztych, który widząc kolegę skonfundowanego i całego w dziwnych rozterkach, nie wdając się w żmudne diagnozowanie, od razu podał gotowy lek:

– Ty jedź, chłopie, do wód.

– Do wód – upewnił się Nasz Doktor.

– Tak, właśnie do wód. W Bieszczady lub na Podbeskidzie, zresztą nieważne gdzie.

To może na Ziemie Odzyskane, ironizował po cichu Doktor, ale ziarno zostało zasiane.

– To ja jestem niby zestresowany? – upewnił się Nasz Doktor.

– Od dziecka, kochany, od dziecka.

Następnego dnia wzeszło słońce i zasiane ziarno, a świat wydał się jeszcze piękniejszy. Ludzie uśmiechali się do siebie bez powodu i wyświadczali sobie bezinteresownie drobne przysługi. Słowem Arkadia. Kraina szczęśliwości, wiecznych łowów czy jak tam jeszcze ją nazwać. I taką też nazwę nosił hotel, do którego Doktor z małżonką dotarli dnia wczorajszego.

Nasz Doktor wziął krótki urlop, dla poratowania zdrowia, jak ogłosiła małżonka. W cenę pobytu wliczono zabiegi upiększająco-ujędrniające, grę w kręgle oraz korzystanie z baru all inclusive od 9 do 21. Miła odmiana wobec pracy, gdzie czasem był problem, żeby napić się herbaty.

Przy wejściu do hotelu witał gości ogromny baner z napisem: „Nie spotka cię tu nuda”. Nasz Doktor miał na co dzień dosyć sensacji, tak że zupełnie nie obawiał się spotkania z nudą.

Doktor obserwuje i zazdrości

Miejscowość znana z wód leczniczych oblegana była, o dziwo, przez osoby młode. Nic dziwnego więc, że od rana znać było w obiekcie pewien rodzaj napięcia przed wieczorną dyskoteką.

Już zaraz po śniadaniu na basenie i zabiegach zaczęły się różne sondy i zaczepiania. To normalne, że single badały teren i już umawiały się na wieczór. Ofiarą sondowania padła między innymi małżonka Doktora, ale z właściwą sobie godnością dała odpór. Szczególnie aktywny w zaczepianiu niewiast był pewien osobnik z pokoju 207, który występował w różowej koszulce i gadał głupoty, nie pesząc się przy tym ani na moment. Czaruś mieszkał w pokoju razem z panem Darkiem, przypakowanym, nieco tylko starszym facetem ogolonym na zero. Nasz Doktor podejrzewał, że to ogolenie musi w jakiś sposób ułatwiać nabijanie masy mięśniowej, no chyba że chodzi o modę.

Czaruś gadał, gadał, zagadywał. Nasz Doktor z zazdrością podziwiał jego warsztat. Nawet banalne gadki okraszone entuzjazmem i brakiem skrępowania wywoływały zamierzony efekt, czyli oswajanie. Przy tym robił to z głową, zagadując również do facetów, których też trzeba oswajać, jeśli poważnie myśli się o nawiązywaniu kontaktów. Nasz Doktor nazwał go Wesołym Romkiem.

Podstawowym narzędziem pracy Romka było zaczepianie niewiasty z imienia, a gdy ta zaskoczona usiłowała korygować pomyłkę, Wesoły Romek zmieniał bezwstydnie imię, które po przełamaniu lodów przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie.

– Co tam słychać u ciebie, Agnieszko?

– ??? – dziewczyna nazwana Agnieszką uśmiecha się lekko z wyższością, ale Czaruś nie odpuszcza.

– A, racja, już sobie przypominam. Przecież nie Agnieszka tylko Joasia albo nawet Wioletta. Więc, Joasiu, gdzie to się spotkaliśmy.

– ???

– Ja też sobie nie mogę przypomnieć, Tamaro, ale ciebie nigdy nie zapomnę, zresztą będzie co wspominać na dzisiejszym disco w lobby barze. A tak w ogóle to pamiętam, że na drugie masz Magda albo jakoś tak podobnie.

W tym miejscu Nasz Doktor czuł, że sam wyciągnąłby już wizytówkę, ale Romek nie.

Spróbuj „na Mariolkę”, usiłował podpowiadać Nasz Doktor, lecz Czaruś w różowej koszulce i bez podpowiedzi lekarza rodzinnego radził sobie świetnie.

Nasz Doktor zaciekawiony sukcesami towarzyskimi różowego amanta postanowił przeanalizować przypadek chłodnym okiem. Osobnik stosował strategię mass destruction. Poznawał jak leci, bez różnicy, żeby potem, gdy nadejdzie godzina D (jak dyskoteka), mieć pooswajane wszystkie atrakcyjniejsze sztuki i ich ewentualnych obrońców. Występował w duecie z panem Darkiem, który budził respekt wyglądem i ponadto kontrastował z lekkoduchem. Także różowa koszulka nie była przypadkowa. Podobno oprócz niemowląt płci żeńskiej i dziewczynek stylizujących się na Barbie w róże ubierają się tylko wyjątkowo męscy mężczyźni. Stosowanie przedmiotu przykuwającego uwagę, czasem wręcz błazeńskiego, stanowi dowód na luz i otwartość i jest zaproszeniem do zaczepki oraz dobrym tematem, żeby zacząć rozmowę. W fotografii zjawisko to nosi nazwę sztafażu. W kadrze warto umieścić jakiś przedmiot, a całość wokół niego nabierze innego, głębszego sensu. Nasz Doktor nie podejrzewał Czarusia o szczególną głębię, ale doceniał wkład pracy (naganianie i sondaże od samego rana) i grę zespołową. Okazało się, że zorganizował towarzystwo na wieczór nie tylko dla siebie, ale również dla pana Darka, który miał mniejszy dar wymowy, nieobowiązkowy na siłowni.

W hotelu rzucała się w oczy pewna para, na oko „w naszym wieku”. Para robiła mnóstwo zamieszania. Be przerwy on poszukiwał jej, rozpytując kogo popadło, albo ona szukała jego. – Nie widzieliście mojego misia? Taki nieduży z brzuszkiem, ale wciągniętym. Może widzieli państwo moją żonę, taka tleniona z rzadkimi lokami i tipsami. Para nijak nie mogła się zejść do kupy, wyjaśnić sobie, co tam miała do wyjaśnienia. W mediację wdał się pan Darek, który powiedział mężowi, że rzeczywiście jakaś blond poszukiwała grubaska z kaprawymi oczami. Żonie zaserwował opowieść, że jakiś facet poszukiwał, jak to określił, swojej wyleniałej Julii. Po szczęśliwej interwencji pana Darka para się uspokoiła i w hotelu zapanowała ład i porządek.

Program w hotelu był napięty niczym struna. A to masaż klasyczny, a to peeling kawitacyjny – co by to nie znaczyło. Nasz Doktor wzbudził zazdrość wśród kolegów, którzy w ramach karnetu mieli masowane plecy, opowiadając, że wystarczyło poprosić, a zamiast pleców można było mieć wymasowaną klatkę i brzuch, i to nie łokciem, ja w wypadku grzbietu, ale bardziej tradycyjnie, rękami.

Koledzy niby wyczuwali, że to jakaś podpucha, ale świadomość, że ktoś w ramach karnetu miał masaż indywidualny, musiała być nieznośna, bo co trochę temat wracał. Nasz Doktor nie zamierzał niczego prostować.

Jeszcze nie zniknęły rumieńce po masażu, a już trzeba było biec do kręgielni na wynajęte tory. Kule okazały się wyjątkowo ciężkie, za to piwo serwowane w pobliżu było wyjątkowo lekkie i zapobiegało odwodnieniu.

Po ciężkiej pracy na kręgielni wszyscy pogalopowali do pokojów przygotować się na wieczorny melanż.

Wieczór zapadł znienacka i zaczęły się pląsy wspomagane zamówieniami bezpłatnych drinków i piwa z baru.

Wygodne kanapy wokół parkietu tanecznego stwarzały kameralną atmosferę i ułatwiały obserwowanie interakcji zachodzących w tych dwóch środowiskach, tj. na kanapach i na parkiecie.

Co rusz pojawiały się panie zbrojne w minispódniczki oraz panowie, których popychała w stronę baru magiczna siła.

Nasz różowy Czaruś podzielił się z panem Darkiem poderwanym wcześniej materiałem. Zabawa trwała w najlepsze, panie były bardzo rozbawione, gdy Czaruś wymyślił, że jednak bardziej odpowiada mu dziewczyna pana Darka i zaczął ją po swojemu czarować, adorować, a następnie podciągnął na parkiet i, jak to się mówi, wyobrażał w tańcu. W tym czasie pan Darek mniej sprawny we wstawianiu kitu, ale solidnie wkurzony, podszedł do baru, zamówił rządek setek i zaczął je spożywać po kolei. Za chwilę był już przy nim przestraszony Czaruś i poklepywał kolegę po plecach z należytym szacunkiem. Widocznie panowie ostatecznie wyjaśnili sobie wątpliwości, bo zaraz na parkiecie i na kanapie zagościła zgoda i wszystko wróciło do pierwotnego porządku. Niestety dalsza obserwacja nie była możliwa, gdyż żonę Doktora rozbolała głowa i w trybie pilnym wróciła do pokoju. Nasz Doktor dołączył do niej wkrótce, gdyż nie popracował nad znajomościami do południa i każda próba niewinnego tańca mogłaby zostać odczytana jako akt agresji.

Innym razem sam sobie ubiorę cudowną różową koszulkę i będę tygryskiem przed dyskoteką, a na imprezie tygrysem – królem dżungli. Takie plany chodziły po głowie Doktorowi, ale niedługo, bo zasnął od pierwszego przyłożenia.

Nazajutrz podczas śniadania Doktor usiłował odnaleźć wzrokiem wieczornych balangowiczów. Nie było to łatwe. Twarze blade, zamykające się oczy… Wczorajsi królowie parkietu dzisiaj potrącali krzesła i rozlewali kawę. Obie panie błąkały się samotnie, a następnie siedziały na tarasie wpatrzone w horyzont, popijając kolorowe drinki. Odpalały jednego papierosa za drugim. Panowie rozwiali się jak dym. Nie pojawili się także na obiedzie.

Każdy hotel ma jakąś tajemnicę. Wesoły Romek i pan Darek wyparowali i konia z rzędem temu, kto zgadnie, gdzie i jak zniknęli.

Nieunikniony koniec

Powrót do domu był ciężki, a nawet bolesny. Po grze w kręgle, która jest wybitnie asymetryczna, pozostał ból w lewym pośladku. Zakwasy były tak potężne, że od tej pory Nasz Doktor zaczął z szacunkiem myśleć o tej dyscyplinie.

Po powrocie, niepierwszy raz zresztą, okazało się, że trzeba pilnować interesu, bo inaczej nic z tego nie będzie. Chodziło konkretnie o budowę. O mały włos kolega z branży medycznej nie podebrał Naszemu Doktorowi fachowców. Tylko bystrość umysłu Doktora i zwykły przypadek zapobiegły wrogiemu przejęciu.

Gdy Nasz Doktor analizował na spokojnie to zdarzenie, zaczął dostrzegać analogie tej sytuacji z bólem lewego pośladka, być może ostrzegającym go przed utratą ekipy. Takich sygnałów nie należy lekceważyć i interpretować zbyt prostacko, np. przez skojarzenie z wysiłkiem na kręgielni. Mimo że sygnał był dość oryginalnie zlokalizowany i dość bolesny, był niewątpliwie czymś pozytywnym. Tym bardziej że ból zniknął po zażegnaniu niebezpieczeństwa. W tym świetle niektóre dziwne asocjacje pacjentów jawiły się w zgoła innym świetle.

Nasz Doktor przyrzekł sobie solennie, że nie będą go bulwersowały żadne magiczne skojarzenia chorych oraz że postara się jeszcze w tym roku o kolejny wyjazd do wód. Po zabezpieczeniu fachowców oczywiście.

Rafał Stadryniak
internista

Nie ten jest mądry, kto wiele spraw umie, lecz kto złe od dobrego rozeznać rozumie. Mikołaj Rej

Rys. Zen