Niech twoje słowo będzie nieskazitelne*

Motto: Dżentelmen – to człowiek, który nie rani cudzych uczuć, chyba że umyślnie. Oscar Wilde

Rafał Stadryniak = @Grypa

Od słowa do słowa i dzieją się różne rzeczy. Mało jest takich, które stają się bez słów. Człowiek nie może obyć się bez nazw. Nazwane równa się oswojone. A z oswojonym można robić, co się podoba. Najważniejsze było oczywiście pierwsze słowo, które stworzyło świat. Fizycy i lingwiści do dzisiaj badają, co to za słowo.

Doktor zmienia słowem

Nasz Doktor właśnie miał napad refleksji. Tak naprawdę było to po prostu odbicie skrajnego wyczerpania pracą w wielu miejscach i wielozadaniowością, która na dłuższą metę nie była korzystna. W stanie znużenia i pewnej obojętności po głowie Doktora zaczęły się snuć myśli egzystencjalne.

Jakby tego było mało, na ostatnim kongresie Nasz Doktor dostał się w pole rażenia młodych coachów. Przy wymeldowywaniu z hotelu pojawiła się grupa ekspresywnych młodych ludzi. Czekanie w kolejce przerodziło się w żywą dyskusję z kilkoma młodymi trenerkami coachingu. Tak właśnie się przedstawiły. Doktor słyszał o takim bycie, ale przezornie wolał upić czegoś u źródła, spytał więc na wabia:

– Cóż to jest ten coaching?

I zaczęło się. Prostej odpowiedzi nie dostał. Trenerki były zgodne, że można by o tym mówić cały dzień.

– A definicja? – odezwał się lekarski umysł Doktora.

Tak samo – cały dzień.

Doktor został poczęstowany wizytówką i właściwie umówił się na kawę z superkontaktowną trenerką życia. Oczywiście jak będzie kiedyś przejeżdżała obok terenowej przychodni Doktora.

To błahe zdarzenie zainspirowało Naszego Doktora, żeby przymierzyć się do owego coachingu, który jest ni mniej, ni więcej tylko wyciskaniem szczęścia z życia, ale nie na siłę. Żeby się tego nauczyć, najlepiej jak trenerka jest młoda, atrakcyjna i nieskażona medycyną – pomyślał Nasz Doktor z lekką nutką goryczki. Właściwie chodzi o to, żeby poddać się swojemu instynktowi i nie napinać. Ciekawe jak to zrobić po latach napinania się. No właśnie. I tu jest właśnie rola trenera.

Wizytówka z girlandą kwiatów i gołąbkiem gdzieś się zawieruszyła, ale pozostało wspomnienie naiwnej żywotności i wiary, że można wszystko zmienić, nie ruszając się z miejsca. A jak? A na przykład słowami.

Nasz Doktor wiedział, że raczej nie odkryje tego pierwszego sprawczego słowa nad słowami, z braku czasu i w ogóle, więc skoncentrował się na rozmowach z pacjentami. Nie pouczać, nie rozliczać, nie dyscyplinować, ale inspirować, wspierać i nauczać.

I wrócili. Tak jak słowo wraca do człowieka.

Doktor się dziwi

Najpierw pacjentka z pretensjami, że nowy lek na nadciśnienie jest gorszy, chociaż miał być lepszy. Krótkie śledztwo pomogło ustalić, że pacjentka przyjmuje połączenie sartanu z lekiem moczopędnym tuż przed snem. Nic dziwnego że pacjentka ma rację, mówiąc, że noc jest od spania, nie od sikania.

– Kto tak zalecił branie leku?

– To pan, panie doktorze.

Niemożliwe łamane przez wykluczone i do tego absolutnie zupełnie nieprawdopodobne. Nasz Doktor dałby sobie wiele wmówić, ale nie to, że serwuje komuś lek moczopędny do łóżka albo dajmy na to dwa preparaty tej samej substancji pod różnymi nazwami.

Pacjentka była nieustępliwa. Niestety zgubiła karteczkę z dawkowaniem. W toku wyjaśniania okazało się, że właściwie to nigdy wcześniej nie brała leków na noc, a jedynie z tym diuretykiem tak jakoś wyszło.

Ciekawostka. Zalecałem z rana… Może tylko mówiłem i pisałem, żeby brała rano, ale mowa ciała sugerowała, że wieczorem? – dumał Nasz Doktor. Trzeba będzie jeszcze nad tym popracować.

Mówienie w praktyce lekarza rodzinnego stanowi najważniejsze narzędzie badawczo-lecznicze. Musi być czasem jak piorun jasny prędki, a czasem jak aniołów mowa, aż was, zjadacze chleba, w aniołów przerobię – dokończył Nasz Doktor odruchowo.

Zwłaszcza informowanie pacjentów o rzeczach niekorzystnych i ostatecznych musi zostać wyważone i zindywidualizowane.

Nasz Doktor szukał w pamięci, co coaching na ten temat ma do powiedzenia, zarówno pacjentowi, jak i lekarzowi. I nic. Nic nie było. Trzeba się wobec tego kierować ogólną zasadą, że pacjent i tak słyszy co innego, więc najlepiej podać informacje, a potem przepytać, co zostało zaimplantowane. Jak w wojsku.

Ta metoda sprawdzała się w informowaniu rodzin pacjentów w stanie krytycznym. Najbliżsi nie przyswajali złych wieści, wypierali je. Odruch samozachowawczy. Gorzej że gdy czarny scenariusz się wypełnił, rodzina nie była w stanie pogodzić się z nieuniknionym. Jak to się mogło stać? Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy, zjadł rosół, obejrzał serial etc.

Inną sprawę stanowiła jakość podania smutnych informacji, czyli jak ma być ubrany lekarz przekazujący hiobowe wieści i jak się ma zachowywać.

Historia podaje liczne przykłady, że niewłaściwe podanie złych wieści kończyło się egzekucją posłańca, natomiast żołnierz spod Maratonu nie udźwignął, dla odmiany, zwycięstwa i padł.

W początkach pracy Doktora szef oddziału delegował do informowania rodzin zawsze tego, kto miał krawat. „Kolego w krawacie, proszę przekazać kondolencje”. To, co kiedyś śmieszyło, okazało się ponadczasowo przenikliwe.

Doktor znów się dziwi

Kolejny pacjent zaskoczył Doktora. Słowo znów wróciło jak bumerang.

Pacjent ze stanami podgorączkowymi od kilku tygodni, młody, bardzo nerwowy. Miał komplet wyników prawidłowych. Po miesiącu przyszedł znowu. Miał pretensje, że nadal występują stany podgorączkowe. Rzut oka na historię choroby ujawnił, że na poprzedniej wizycie zlecono rtg płuc, ale pacjent przeczytał w domu, że wynik prawidłowy i nie zgłosił się.

Stany podgorączkowe nie ustąpiły po badaniu rtg, chociaż teoretycznie mogły. Indagowany pacjent wyznał, że Doktor powiedział, że jak wynik będzie dobry, to z diagnostyki tylko sekcja pozostaje. Więc przyszedłem po miesiącu – zakończył pacjent.

Ja tak powiedziałem? Słowo wróciło. Tutaj nie było już podobnej pewności jak w wypadku słowa moczopędnego. Tak mogło się zdarzyć, chociaż Nasz Doktor nie był z tych, co pamiętają, co i komu mówili, żeby potem tą wiedzą kłuć w oczy. Denerwująca była tylko ta miesięczna zwłoka pacjenta ze zgłoszeniem się na kontrolę.

Trzeba mówić drukowanymi literami, bo samo wpisanie w karcie, że kontrola za 5 dni, nie wystarcza.

Trzecie zdziwienie doktora

Usłużna pamięć automatycznie podsunęła jeszcze jeden przypadek – pacjentki ze świądem odbytu, która miała sobie zrobić ekspresem badanie na pasożyty. Badanie per rectum było w normie. Pacjentka nie była zachwycona taką diagnostyką, a zwłaszcza podejrzeniem „obcych” w jelicie grubym. Wróciła za trzy miesiące z awanturą, że zrobiła sobie kolonoskopię, w której wykryto polipa. Nic niepokojącego, ale pacjentka miała żal. Oczywiście nie zgłosiła się z ujemnym wynikiem badania parazytologicznego na drugi dzień i straciła zaufanie do Doktora, który obraził ją podejrzeniem parazytozy.

– Jakie wnioski, jakie wnioski? – dopytywał się lekarski umysł Doktora.

– A takie, że cokolwiek byśmy zrobili, będzie albo dobrze, albo źle – wycedził ze złością Nasz Doktor i natychmiast spróbował dla równowagi przywołać beztroskę, młodość i naiwność trenerki coachingu. Udało się tylko z naiwnością…

Rozmyślania Doktora przeskoczyły do pracy z pacjentami szpitalnymi. Tutaj również ciężko było o zrozumienie w pół słowa i tylko żmudne uzgadnianie protokołu rozbieżności mogło sprawić, żeby obie strony komunikacji mówiły o tym samym. Na to nie było czasu ani odpowiednich procedur. Pacjenci skarżyli się na enigmatyczne informacje o swojej chorobie od przypadkowych lekarzy złapanych za poły fartucha na korytarzu podczas dyżuru.

W drugą stronę też nie było lepiej. Na niepodchwytliwe pytanie bez żadnych podtekstów zadane na porannej wizycie** jak się dziś pani czuje pacjenci zwyczajowo odpowiadali: A właśnie zrobili mi usg, rtg, ekg, ct etc.

Nasz Doktor zwykle nie wytrzymywał i informował, że to właśnie on zlecił to badanie. W myślach dopowiadał sobie: A co to ma wspólnego z samopoczuciem? Chyba jednak miało, i to dużo, wspólnego, gdyż tzw. robienie badań znacznie uspokaja lęk pacjenta i nikt już nie chce leżeć na darmo, czyli bez badań.

Doktor docenia i systematyzuje

Kolejna rzecz ze sfery informacji dla pacjenta, która kiedyś strasznie śmieszyła Doktora, a obecnie została doceniona, to sposób prowadzenia wizyty**. Nasz Doktor widział wiele stylów oficjalnych wizyt ordynatorskich. Był sposób królewski, gdzie ordynator robi mądre miny, a za nim postępuje lekarz prowadzący salę, który wie wszystko, a dalej cała reszta świty. Na końcu tłoczą się stażyści, walcząc o wetknięcie głowy w krąg medyczny zaciśnięty dookoła łóżka chorego. Ordynator ogarnia tę swoją trzodę gospodarskim spojrzeniem i dobrotliwie kiwa głową do młodych, mówiąc: Korzystajcie, korzystajcie z wizyty.

W zupełnie innym stylu przebiegają wizyty techniczne, gdy lekarze przerzucają się specjalistycznym słownictwem i koncepcjami leczniczymi. Pacjent przenosi zaskoczony wzrok od jednego do drugiego. Mówi się tedy o mnóstwie różnych chorób i niuansów, po łacinie, po angielsku, skrótowcami... Potem z tych wszystkich fajerwerków i perełek intelektualnych zostaje przy wypisie tylko nadciśnienie tętnicze i choroba zwyrodnieniowa stawów…

Inną odmianą wizytacji jest tzw. wizyta bezszmerowa i tonizująca zarazem. Wszystkie badania zostały przejrzane już w gabinecie lekarskim, więc nie ma potrzeby szeleścić papierami, denerwując pacjenta. Nie wyciąga się żadnych przeszłych cierpień, bo już wszystko w zasadzie wiadomo. Chodzi tylko o nowe dolegliwości. I tu niespodzianka. Pacjentom nie przechodzi przez gardło, że od wczoraj nie dolega nic nowego. Starają się opowiadać wszystko po kolei, poczynając od… wielkiego wybuchu. Niektórzy czują się obrażeni posądzeniem, że od wczoraj się nie pogorszyło. A skąd to wszystko się bierze? – dumał Nasz Doktor. Z potrzeby odczucia i docenienia przez lekarza cierpień pacjenta? Zapewne. Z lęku, że wypiszą do domu wcześniej? Być może.

Doktor nastawia się pozytywnie

Każdy lekarz, który trafi w końcu do innego lekarza jako pacjent, dojrzewa do zrozumienia trudnej doli petenta cierpiącego. W takim stanie, stanie bolesnego oczekiwania na najgorsze, nawet słowo może ciężko zranić. Nawet milczenie jest gęste i namacalne. Słowem, nic nowego.

I tak też nazywała się klimatyczna knajpka, gdzie Nasz Doktor postanowił coś zjeść i dokończyć rozmyślania.

butlanaspadochronie kopia400

Nic Nowego goście siedzieli poukrywani w zakamarkach, co przydawało lokalowi intymności. Nasz Doktor nie zdążył się nacieszyć owym uczuciem i menu, gdyż błyskawicznie zmaterializował się przy stoliku kelner z dwiema pięćdziesiątkami wódki i dedykacją: „Od pana majora na zdrowie”.

Piękne słowa, piękny gest i do tego nikt nie powie, że wymuszony.

A swoją drogą, co ja temu majorowi zrobiłem lub nie zrobiłem?

Nasz Doktor nigdy nie dowiedział się, kto był szlachetnym darczyńcą. Nie pozostawało mu więc nic innego, jak nastawić się pozytywnie do całej ludzkości.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen

*Zasada pierwsza. Don Jose Ruiz

**Istnieje taka szerokość geograficzna, poniżej której mówi się wizyta, a powyżej – obchód. Jest też inna praktyka terminologiczna: przed południem – wizyta (ordynatorski obchód sal chorych ze świtą), wieczorem – obchód (gdy lekarz dyżurny w pojedynkę zagląda do sal chorych).