Chwalmy się, czyli monolog czysto teoretyczny

Motto: Jeśli wrogowie cię chwalą, musiałeś popełnić błąd. (Zdanie z upodobaniem powtarzane przez Marksa i Engelsa)

Rafał Stadryniak = @Grypa

W czasach gdy walec prasowy jeździ po środowisku lekarskim w tę i z powrotem (ach, gdyby z takim samym zapałem jeździły walce przy remoncie dróg) musimy my, brać lekarska, komplementować się sami. Dla równowagi.
A podnieść się spod walca nie jest lekko.

Autokrytyka? Nie! Autopromocja!

Już dawno praktyka wykazała, że samochwalstwo nie musi być godne potępienia ani nienaturalne. Nazywa się je po prostu autopromocją i już można od rana do wieczora opowiadać wspaniałości o sobie. I nikt nie ma prawa powiedzieć złego słowa. Natomiast samobiczowanie się, składanie autokrytyki i wytykanie sobie błędów jest obecnie niemodne.

Moment na samochwalstwo jest wręcz wymarzony. Poparcie społeczne i zaufanie do zawodu lekarza oscylują w okolicy zera Celsjusza, więc nie ma się już na co oglądać. Są głosy, żeby poczekać na zero absolutne, ale tyle czasu to my nie mamy.

Należy już teraz zastosować środki nadzwyczajne, a najlepiej skuteczne.

Gdyby tak wynająć firmę PR, żeby zmienić nastawienie do lekarzy nie jako chytrych przedsiębiorców, lecz jako kapłanów medycyny. Bez chałupnictwa, bez partyzantki. Za porządne pieniądze.

Liczy się efekt, czyli miłość do lekarza.

Nikt nie będzie pytał sam siebie: „Czy to, że ufam swojemu lekarzowi rodzinnemu, to wynik moich głębokich uczuć, czy też padłem ofiarą opłaconej napaści reklamowej?”.

Niestety. Prędzej wystąpi efekt sztokholmski, czyli zakochanie się w swoim oprawcy niż dojrzała miłość do lekarza. A przecież ci ludzie (lekarze – przyp. autora) też potrzebują ciepła.

Jak Polska długa i szeroka rozlega się wołanie: skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą. I ludzie chcąc nie chcąc, idą tłumnie, mimo braku zaufania.

Jak dotąd dowalano nam zupełnie za darmo. Pora żeby elegancko odwrócić tę tendencję. Na szczęście właśnie podniesiono składki na Izbę Lekarską, więc będzie w razie czego z czego brać na reklamę.

Za tym że poprawa wizerunku w warstwie intelektualnej społeczeństwa nie powinna być trudna, przemawia wiele okoliczności:

każdy ma jakiegoś lekarza w rodzinie i widzi, jak ten tyra w dzień i w nocy

każdy ma jakiegoś kuzyna na medycynie i widzi gołym okiem, że na medycynie „jednak trzeba się dużo uczyć”

nie jesteśmy związani celibatem, który nadaje się tylko do łamania, a z Hipokratesem da się wyżyć

płacimy podatki…

Wzorzec postawy wyprostowanej

W kanonie telewizyjnym dzieł o lekarzach widać również jakieś zmiany. Od lat już ze szklanego ekranu straszy doktor Gregory House, który zasadniczo leczy choroby, a nie pacjentów, a do tego, o zgrozo, sam lubi tabletki i, co za skandal, wali prawdę prosto w oczy.

Poza tym nie interesują go przypadki banalne. House toleruje jedynie pacjentów, którzy mają do zaoferowania ciekawe choroby albo przynajmniej jakąś zagadkę.

Nie ma co naśladować Gregorego w naszych warunkach, nie mając do dyspozycji MR, CT „skanu całego ciała” i sztabu zaprzyjaźnionych prawników. Ale co nam tak właściwie mówi utykający fizycznie i wizerunkowo House? Może przy okazji także to, że możliwa jest wyprostowana postawa lekarza w konfrontacji z pracodawcą, z pacjentem. Dla ścisłości wyjaśniam, że pacjent nie jest pracodawcą lekarza, chociaż wokół tego mitu narosły już klechdy, legendy, a zwłaszcza podania, skargi i zażalenia.

Zmiany w myśleniu

Co do chwalenia się, to powinno być totalne, bezczelne i nieustanne.

Na początek, żeby podłożyć podwaliny pod zmiany w myśleniu, chwalimy kolegę lekarza, który skierował nam pacjenta albo leczył przed nami. Rozumiem blokadę psychiczną, ale cóż, damy radę.

Niedopuszczalny w takich warunkach byłby tekst: „O, widzę, że doktor X leczył pana już pół roku. Świetne leki, ale nie na tą chorobę”.

Nasz Doktor zamyślił się bardzo głęboko, najgłębiej jak potrafił.

Żeby wyjść z biadania, serwilizmu i dyspozycyjności potrzebna jest zmiana pokoleń. Nie mamy takiego komfortu jak Mojżesz, który włóczył się po pustyni przez trzy pokolenia i wychował sobie ludzi niezależnych i wolnych.

Trzy kolory

Miło pomarzyć. Nasz Doktor przeżywał właśnie w pracy „okres czerwony”– od koloru tuszu na pieczątce. Okres zielony miał za sobą, a do fioletowego nie był jeszcze gotowy.

Podbijając sterty wniosków na pieluchomajtki, powtórek leków i skierowań do sanatorium, operował z niewiarygodną wprawą pieczątką, która zostawiała czerwony odcisk. Moje kopytko – myślał z rozrzewnieniem.

Większość ludzi przychodzących do lekarza rodzinnego wie wszystko na temat leczenia, a zwłaszcza swoich potrzeb w zakresie badań dodatkowych, tylko nie ma pieczątki, „żeby przybić”. Dziwne.

A gdyby tak dowartościować pacjenta? Mamy doświadczenie z dziećmi, którym podtyka się kolorowanki, a one bezbłędnie potrafią te skomplikowane obrazki właśnie pokolorować. Tutaj Nasz Doktor chwilkę odsapnął intelektualnie, bo wiedział, że jest na dobrym tropie i nie chciał przeszarżować. Gdy po burzy mózgu ustąpiła zadyszka myślowa, na końcu tęczy pokazało się gotowiutkie rozwiązanie.

Pacjent sam sobie pieczątkuje

Nie czipy, nie książeczki z wyrywanymi receptami, ale własna pieczątka będzie świętym Graaaaalem medycyny rodzinnej. Oczywiście ustawodawca zadba, żeby polski pacjent nie zrobił sobie tym ostrym narzędziem krzywdy. Pieczątki będą składowane w przychodniach, na ich koszt. Pacjentowi będą przysługiwały rocznie dwie buteleczki tuszu. Tutaj Nasz Doktor znowu stanął słupka. Wyłonił się poważny problem z kolorem pieczątek. Doktor widział po sobie, że danie zielonego tuszu wszystkim mogłoby być potraktowane jako lekceważące. Większość bywalców przychodni zasługiwała na co najmniej czerwony bezolejowy tusz i dodatkowo na malutką pieczątkę z napisem „CITO”.

To się samo okaże w praktyce. Nie mnóżmy bytów, karcił się Nasz Doktor, cały czas czując, że jest na dobrym tropie.

Pieczątkowanie odbywałoby się w obecności lekarza, a pacjent wybierałby po prostu badania, które jego zdaniem należałoby wykonać. A rola lekarza? Lekarz podsuwałby druki do podbicia.

Nasz Doktor zamyślił się. System nie był idealny i stwarzał pewne pole do manipulacji. Na przykład lekarz mógł powiedzieć pacjentowi, że druczki mu się skończyły. Aż strach pomyśleć, co wtedy mógłby zrobić rozsierdzony pacjent, mając do dyspozycji natuszowaną pieczątkę. Pacjent nastawiony na podbijanie nie rezygnuje z tego tak szybko.

ryshelenyimg242 660

Albo taka sytuacja. Jest sobotnia upalna noc, przychodnia zamknięta. Pacjent ma swoje potrzeby, bo właśnie na przykład strzeliła prezerwatywa i potrzebna jest tabletka. I co wtedy ma zrobić pacjent odłączony od pieczątki? Pytania mnożyły się, rodziły się i kłębiły w głowie Doktora, który miał tę przypadłość, że potrafił podzielić włos na czworo.

To są oczywiście przypadki skrajne, pocieszał się Nasz Doktor, odganiając natarczywe asocjacje. Nie trzeba zaraz tak pesymistycznie. Wszystkie poprzednie reformy wchodziły tak sobie tanecznym krokiem i dopiero w trakcie okazywało się, że gdzieś zabrakło wyobraźni, czasu, dobrej woli, a czasem i przyzwoitości, a zarobiły jak zwykle drukarnie i skupy makulatury.

Swoją drogą ciekawe, jak tak kiedyś odkopią archeolodzy przychodnię i w jednej szufladzie znajdą plik skierowań na mocz. A w szafie obok tysiące imiennych pieczątek pacjenckich. Co wtedy pomyśli ów późny archeolog? Czy zdoła swoim umysłem ogarnąć, co tu się stało?

Nasz Doktor westchnął. Postanowił na razie nie myśleć, jak to będzie wyglądało po odkopaniu za tysiące lat.

Trzeba żyć tu i teraz

Może na początek pochwalmy się publicznie, że robimy najwięcej badań, najdłużej rozmawiamy z pacjentem, a jednocześnie przyjmujemy najwięcej ludzi na godzinę, pielęgniarki są zawsze zadowolone, czyste i pachnące.

To tylko z naszej perspektywy brzmi tak dziwnie. W ogłoszeniu będzie wyglądało już zupełnie normalnie. Jest nawet niebezpieczeństwo, że inni koledzy pójdą w nasze ślady…

Pacjent będzie zadowolony. A jak pacjent zadowolony, to chwali. A gdyby powiesić na przychodni wzorem wielu odważnych lokali:

Jak jesteś, pacjencie, zadowolony, powiedz to wszystkim, a jak nie jesteś zadowolony, powiedz to nam.

Nasz Doktor nieco z przekory przywołał wspomnienie innego napisu z lokalu z muzyką i jedzeniem w stylu meksykańskim, który głosił, że „klient nigdy nie ma racji”. Niby żart, a stoi napisane wołami na ścianie i wżera się w oczy…

Nadmierne chwalenie też nie zdaje egzaminu praktycznego. Nawet panie zbyt komplementowane robią się czujne i zaczynają sprawdzać torebkę na ramieniu i pierścionek na palcu. Notoryczne komplementowanie nie robi żadnego wrażenia. Co innego gdy najpierw jest szorstko i twardo, a potem znienacka pojawia się komplemencik. Siła rażenia takiego zestawu jest po prostu niszcząca.

Nasz Doktor ostatni raz zamyślił się głęboko. Nie, wobec tego nie będziemy nic wieszać ani na przychodni, ani dawać w ogłoszeniu. To po prostu proszenie się o krytykę. Większość ludzi poczuje się w obowiązku wytknąć, że tego dnia pielęgniarki nie były dosyć pachnące, pogoda fatalna, a połączenie autobusowe do przychodni mogłoby być korzystniejsze.

Zatem cóż, pozostaje skromna praca u podstaw i „stój w kącie, znajdą cię”. Przynajmniej nikt nie powie, że się chwalisz.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Helena Kowalska