O powołaniu, powoływaniu, myciu i autoświadomości

Motto: Pacjenci proszeni są o przygotowanie się do wizyty lekarskiej
także pod względem higienicznym.

Rafał Stadryniak = @Grypa

Powoli zbliżało się Boże Narodzenie, które jak wiadomo jest sygnałem dla zwierząt futerkowych, ptactwa i dla NFZ do kluczowych corocznych zmian. Na cykl natury nie ma mocnych.

Jakiś nieznany (dla własnego bezpieczeństwa) geniusz zza biurka wymyślił, że najlepiej duże strategiczne wolty podrzucać lekarzom pod drzwi w piątek po południu między Wigilią a Nowym Rokiem, z terminem podpisania do środy rano.

Praktyka ta była bardzo skuteczna. Przez weekend zapalnik bomby tykał i nic nie można było zrobić bez informatyka. W poniedziałek zawrót głowy, poniedziałkowy nawał pracy etc. Zostawał wtorek, żeby w środę puścić papiery i odetchnąć z ulgą. I właśnie o to chodziło, żeby pogoniony POZ odetchnął sobie z ulgą. Z ulgą, że się podpisało bubel pod przymusem. A potem tylko święta, zajadanie stresu i po świętach.

Doktor myśli i czyta

Nasz Doktor nie wiadomo dlaczego był dobrej myśli. Było jeszcze stosunkowo wcześnie, to nie był piątek, w inne dni tygodnia nie mogła nas spotkać krzywda, a i złota jesień dokazywała na całego.

Na fali stabilnej aury żadne jesienne smutki nie miały przystępu do POZ. Nawet obserwowało się mniej kataru na głowę, a i pacjenci z depresją siedzieli gdzieś schowani z dala od wścibskich oczu lekarzy. Było więcej czasu na leczenie i w ogóle. Może chodzi o to, żeby zastanowić się nad sobą? Nasz Doktor właśnie się zastanawiał.

Czekając na cios litości, Doktor zabawiał się czytaniem literatury psychologicznej oraz poradników dla menedżerów. Wyczytał tamże, że zabawa w karierę nie jest sprawą prostą. Raczej misją i natchnieniem. Oprócz nastawienia na sukces trzeba z przyjemnością oddawać się grom zespołowym, zwanym potocznie wyrabianiem sobie pozycji. To było dość oczywiste.

Nic nowego pod słońcem. Także wśród pacjentów znajdowali się tacy zmenedżerowani, którzy mimo gwarantowanego i oczywistego świadczenia musieli mieć co prawda to samo, ale „po znajomości”. Powoływali się więc na wspólnych znajomych, w tym znajomych rodziców, niby przypadkiem wspominali z imienia prezydenta i starostę w kontekście ostatniego zakrapianego grilla.

Pytania, co u taty i mamy, nie wiedzieć czemu irytowały Naszego Doktora. Zwłaszcza że nie chodziło o nic innego, tylko podkreślenie, że oto, uwaga, przyszedł szczególny pacjent.

Takich pacjentów było… co drugi, gdyż Nasz Doktor dorastał i uczył się w miejscu obecnej praktyki. Na zdrowy rozum powinno to pomagać w pracy, a nie pomagało. Pacjenci kurczowo trzymali się schematu, żeby przy okazji pozdrowić wujka Zdzisia i ciocię Helenkę.

A przecież można by prościej, bez tego dryblingu.

W pewnym sensie Nasz Doktor rozumiał taką postawę. Niczego nie zostawiać przypadkowi. Niech lekarz wie, kogo leczy, to może bardziej się przyłoży. Może zadrży mu ręka, gdy będzie wypisywał truciznę? Może dopisze chociaż jedną dodatkową chorobę, gdy będzie wypisywał papiery na rentę? Może wypisze osławiony lek „tańszy i lepszy”?

Odpowiednikiem takiego myślenia w warsztacie samochodowym byłoby, powiedzmy, wyciąganie historycznego wspólnego zdjęcia z Wałęsą lub jeszcze lepiej z obecnym prominentem. Nasz Doktor zastanawiał się, czy takie działanie ma jeszcze znamiona niedozwolonego nacisku, a może jest już szantażem.

Co ja wiem o szantażu, zreflektował się natychmiast. Trzeba popytać kobiet, czyli u źródła.

Naciski na lekarza nie zawsze okazywały się szczęśliwe, gdyż pacjenci próbowali przedobrzyć. Pozdrawiali nieżyjące osoby, mylili Kowalewskiego z Kowalskim i powoływali się na wspólne spędzanie wakacji na kolonii w Żegiestowie. To już była jawna przesada.

Zupełnie jak po sukcesie Tomka Sawyera. Wszyscy nagle go znali, a jeden głośno się chwalił, że został przez niego pobity. W ten sposób część chwały spływała także na niego. Jednak nie zrobił kariery, bo takich wyróżnionych było więcej.

Doktora nawiedzają koszmary

Kolega Luzik miał jeszcze śmieszniej. Opowiadał, jak latami nachodziła go pacjentka, która pamiętała, że gdy wszystkie dzieci biegały za piłką, on siedział na ławce w takiej kolorowej czapeczce i się uczył.

Luzik twierdził, że jak pacjentka się wreszcie przeprowadziła, to przestały nawiedzać go koszmary o kolorowej czapeczce.

Powariowali z tymi koloniami Żegiestowie. Nasz Doktor zaczynał powoli wierzyć, że rzeczywiście miał coś z tym wspólnego. Żeby tylko nie zasnąć i nie obudzić się w Żegiestowie, pomyślał spłoszony. Pod cienką warstwą logiki czaiło się gdzieś wspomnienie udanej ekranizacji Koszmaru z ulicy Wiązowej. A ostatnio Doktor wyczytał, że nawet pozornie przyjazna Ulica Sezamkowa skrywa mroczne sekrety. Muzycznym motywem przewodnim ulicy Amerykanie torturowali więźniów w Guantanamo.

Nasz Doktor zastanawiał się na wszelki wypadek, jak odróżnić jawę od snu. Prymitywne i oklepane szczypanie siebie zupełnie nie przystawało lekarzowi. Może uzgodnić ze sobą jakiś przedmiot z realnego świata i obserwować jego zachowanie? Przedmiot, ale jaki, zastanawiał się Nasz Doktor. Oczywistą podpowiedzią było, że może słuchawki lekarskie. Błąd, to zbyt oczywiste. Poza tym Doktorowi nieraz zdarzało się wybiec w ferworze pracy na miasto ze stetoskopem na szyi i miarkował się dopiero w pobliskim warzywniaku. Przedmiot musiał być zindywidualizowany. Luzik miał swoją kolorową czapeczkę, a Nasz Doktor nie mógł się zdecydować, czy teoretycznie łatwiej będzie obserwować część garderoby, czy może rzeczywiście znalezienie się w Żegiestowie będzie sygnałem ostrzegawczym, że śni.

Swoją drogą muszę sprawdzić, gdzie to jest – obiecał sobie Nasz Doktor. Na globusie stojącym w poczekalni nie było żadnego Żegiestowa.

Przychodzi Nieztych do Doktora

A właśnie na korytarzu zrobiło się głośno i za chwilę w drzwiach stanął zarumieniony od utarczki z pielęgniarkami Nieztych.

– Niezłe cerbery tu zatrudniacie. Nie chciały mnie wpuścić, wyobraź sobie. Nie poznały mnie. – Ostatnie zdanie podkreślił z dumą.

Może właśnie cię poznały, mruknął Nasz Doktor na stronie, a głośno dodał:

– Czym chata bogata, tym rada: skierowanie na kolonoskopię, gastroskopię czy rezonans, z tym że, zaznaczam, rezonans jest bardzo głośny, nie na twoje ucho.

– Nie marudź, lekarzu rodziny – odezwał się dziarsko Nieztych, przedrzeźniając ministra zdrowia. – Jestem tu po to, żeby pomóc. – Otóż mam na sprzedaż moją wierną renówkę oraz wolne miejsce w hotelu ze spa z grupona.

– Jak się cieszę, że o mnie pamiętałeś – rzucił Doktor, jednocześnie żałując straconej szansy. Nasz Doktor wiedział, że odmawiać trzeba od razu i definitywnie. Tyczyło się to spraw prywatnych, służbowych i Nieztycha.

– To chociaż wierną renówkę… – usiłował negocjować Nieztych, chociaż widział, że Nasz Doktor jest twardy.

– Daj żyć, człowieku, nie zmuszaj mnie do odmawiania.

– Przecież odmawiasz.

– No właśnie.

– A gdybym osobiście ci ją zarekomendował?

– A, to co innego, uprzejmie dziękuję po głębokim namyśle.

– Widzę, że nie jesteśmy tu mile widziani – Nieztych w naturalny sposób użył pluralis majestaticus.

– A co ty kupiłeś? – przekierował uwagę Nasz Doktor. I zaczęło się. Popłynęły słowa jak potokiem, słowa miłości do nowego auta. Nie miało jeszcze przydomku wierne, ale za to było nowe, nieśmigane, a lakier to ma taki, że jak się zadrapie, to żeby dobrać kolor trzeba jechać do samej Warszawy. Nieztych czekał na reakcje, na pochwały.

– Faktycznie, warte swojej ceny – zaczął Nasz Doktor ostrożnie. I już wiedział, czym ułagodzić kolegę. – Nikt takiego nie ma.

– Nie ma – powtórzył Nieztych jak echo, kraśniejąc z dumy. – Musisz siąść za kierownicą. Skóra pachnie świeżością.

zdzierajacygazetke kopia400

O, to jakaś odmiana – zastanowił się Doktor, dla którego skóra pachnąca świeżością pachniała też czystością. Taką mam pracę, przywołał się do porządku. Nasz Doktor jeszcze nie wyparł z pamięci sławetnego eksperymentu, kiedy kazał na drzwiach gabinetu umieścić napis: „Pacjenci proszeni są o przygotowanie się do wizyty lekarskiej także pod względem higienicznym”. Napis trochę posiwiał. Co to się działo, co to się działo! Pacjenci się poobrażali. Nasz Doktor tłumaczył, że napis nie dotyczy tych, co się już myją albo z ważnych powodów nie myją. A jedynie tych, co by mogli, a na przykład zapomnieli. Nie pomagało. Zapaszek owej karteczki jeszcze długo się utrzymywał. Gdy karteczkę zaczęto fotografować z komórek i zainteresowali się nią przedstawiciele medyczni, ktoś wpadł na pomysł, żeby zdjąć źródło problemów z widoku.

I od razu atmosfera się oczyściła.

Wracając do rzeczywistości: na parkingu stały samochody i AUTO Nieztycha.

– Masz i siadaj, zobacz jak się siedzi – zachęcał i kusił Nieztych.

– A renówka?

– A odda się na szrot strauchę, zapomnij. Siadaj i podziwiaj.

Nieztych wydawał się bardzo podniecony ze swoimi rozszerzonymi źrenicami. Aż tak zależy mu na akceptacji? zastanawiał się Nasz Doktor. Czyżby ktoś wcześniej skrzywdził go lub jego samochód?

Podziwianie wnętrza nie wyszło Doktorowi na zdrowie. Samochód był niski. Podczas wsiadania Doktor boleśnie obił kość ogonową. Poza tym Nieztych nie przystał na jazdę próbną.

– Nie przyzwyczajaj się do luksusu. To dla twojego dobra – skwitował sugestię przejażdżki. Pozwolił jednak pobawić się regulacją fotela kierowcy.

Od czego zależy szacunek?

Wokół samochodu zebrała się już pokaźna grupka pacjentów.

Nasz Doktor próbował prostować, że tylko przymierza się do samochodu, ale większość i tak wiedziała, że to z ich ubezpieczeń i krwawicy lekarze rozbijają się błyszczącymi nowością autami.

Wróciwszy do pracy, Nasz Doktor zauważył istotną zmianę w nastawieniu pacjentów. Jakby większy respekt i szacunek.

Ciekawe co by było, jakbym posiedział jeszcze troszeczkę, w samochodzie, ma się rozumieć, dumał Nasz Doktor. W końcu też coś mi się należy od życia.

Końcowe wnioski całego zamieszania były budujące. Potwierdzała się stara teza nieskażona badaniami naukowymi, że jak cię widzą, tak cię piszą. A także, że szacunek zależy od AUTOprezentacji i poczucia własnej wartości.

Ciekawe jak postrzegają nas ministerstwo i NFZ, skoro jest, jak jest. A może lepiej nie wiedzieć?

Przychodzi Doktor do Nieztycha

Dzień później w rewanżu Nasz Doktor odwiedził Nieztycha w jego gabinecie. Cisza, porządek i dyscyplina na poczekalni rzucały się aż nadto. Na ścianach królowały jeszcze plakaty wyborcze. A w gabinecie Nieztycha kalendarz z niewiastą w swobodnej pozie.

– Dostałem od pacjentki – pochwalił się Pan Gabinetu. – Powiedziała, że musi się zrewanżować i mi to dała.

– Mogło być gorzej. Ludzie pozbywają się z domu gorszych rzeczy – usiłował kombinować Nasz Doktor, ale Nieztych nie słuchał.

Nasz Doktor pamiętał świetną czeską dobranockę animowaną o chłopcu z plakatu, który schodzi sobie ze stanowiska jak gdyby nigdy nic i przeżywa prawdziwe i ekscytujące przygody. Gdyby tak zeszła taka pani z plakatu, i oczywiście wszyscy kandydaci na radnych, zreflektował się demokratycznie, to przygody murowane. Zwłaszcza interesująco wyglądaliby podwojeni aspiranci polityczni. „Publiczna reklama nie może zawierać produktów lokowanych”, zacytowało mu się z pamięci. Niestety pani miała sporo rzeczy lokowanych.

– Jak przyszedłeś do mnie, to siadaj i opowiadaj – Nieztych był jednak trochę zazdrosny o plakat.

– No więc zdecydowałem się à propos twojej propozycji.

– Bierzesz renówkę?

– Nie, grupona.

– Już po gruponie. Puściłem wici w rejestracji i właśnie prowadzę casting wśród chętnych... I bardzo chętnych – dodał po chwili namysłu. – Wiesz, ten mój zwierzęcy lekarski magnetyzm…

– Weź tę od plakatu – Nasz Doktor był więcej niż pewny. – Przynajmniej chwaliła lekarza. Nagroda się należy.

– Zastanawiam się. Mam jeszcze na oku taką jedną, która twierdzi, że była ze mną w Żegiestowie…

Naszemu Doktorowi zapaliła się czerwona alarmowa lampka i mimowolnie zaczął się szczypać, chociaż przecież uzgodnił sam z sobą, że to nie ma sensu.

Rafał Stadryniak
internista

Badania naukowe dowodzą, że nagroda jest kwestią umowną. Nagrodą w rozumieniu ogólnym może być również brak kary. Podpisywanie umów z NFZ, żeby popracować w POZ, spełniało kryterium nagrody.

Żegiestów okazał się malowniczą miejscowością, kojarzącą się niektórym z salamandrą plamistą. Nasz Doktor postanowił w końcu się tam wybrać.

Rys. Zen