Nasz Doktor robi biznesplan i podziwia wybory

Rower tyt calosc kopia 400Lichą formą się brzydzę. (Rachela z „Wesela”)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Karteczki, karteczki

Nasz Doktor siedział na leżance po turecku i rozkładał karteczki z wydatkami w POZ. Poza tym intensywnie wsłuchiwał się w wewnętrzny głos, a właściwie głosy, żeby podjąć szczęśliwe decyzje finansowe. Chwilowo nie miał pewności, czy to podpowiada głos rozsądku, czy może całość jest echem dyskusji wyborczych w TV, gdy wszyscy sobie przerywają słowami „ja panu nie przerywałem”. W sumie można się do tego przyzwyczaić, zakładając, że nie oczekuje się wiele od głosów.

A wracając do finansów, było licho. Nie wiedzieć czemu bardziej opłacało się zatrudnić u kogoś na godziny w przychodni, niż samemu prowadzić praktykę i użerać się z urzędami, kontrolami, umowami na tzw. świadczenia, czyli leczenie.

No niby na głowę się nie leje, ale niezupełnie o to chodzi, gdy przechodzi się na własną działalność.

Kolejne karteczki znalazły się na swoim miejscu.

Kawa, cukier, chipsy dla personelu. No tak. Odkąd pacjenci przestali kojarzyć służbę zdrowia z siedzeniem i piciem kawy, skończyły się kawy wdzięczności.

Na niektórych karteczkach powstały dopiski. Niektóre z nich już się rozmazały. Jeszcze nie od łez, zażartował dziarsko w duchu Nasz Doktor. Co ciekawe, przyłapał się na myśleniu, że wszystkie zmiany są jakby na gorsze, ale cóż, postęp niejedno ma imię.

Przyłapawszy się na tych zachowawczych myślach, zdał sobie sprawę, że najlepiej by było, żeby choć przez rok nic się nie zmieniało. Czy to już wstecznictwo, czy przywilej wieku dojrzałego, gdy człowiek chce wiedzieć, że wstając w nocy do łazienki, trafi bez pudła na swoje kapcie, nie mówiąc o muszli? Chyba coroczne zmagania okołoumowne z jedynym słusznym i legalnym monopolistą stały się do znudzenia przewidywalne. Najpierw stroszenie piórek, nowe śmiałe projekty reformy wrzucane na koniec roku jak granat do kurnika i oczywiście poprzedzone to wszystko przygotowaniem artyleryjskim albo raczej bombardowaniem w prasie.

Rozweselający plakat

Gdy zasępiony Doktor podniósł na chwilę wzrok znad fatalnych karteczek (swoją drogą prowadzący państwo muszą mieć tych karteczek tysiące), otoczyły go wesołe twarze patrzące z plakatów wyborczych. Koledzy lekarze prezentowali obok fotografii swój dorobek, a nawet programy. Niektórzy chwalili się posiadaniem żony i dzieci. Doktor spuścił nieśmiało wzrok i wrócił do karteczek, mimo że właśnie kolejna fala namaszczonych przedstawicieli szykowała się do desantu na stanowiska w lokalnych władzach. Kampania była, jakbyśmy to ujęli, brutalna i krwawa. Świadczyły o tym pozdzierane plakaty wyborcze, zaklejanie się na potęgę na tablicach z nekrologami, anonimowe ulotki wyliczające w punktach przekręty adwersarzy…

Nasz Doktor uśmiechnął się, przypomniawszy sobie ostatnie rondo w drodze do domu oklejone plakatami wyborczymi. Zwłaszcza jeden mu się spodobał. Nawiedzona twarz lokalnego działacza została na czole zwieńczona męskim organem z pewną dozą nonszalancji, ale i ze znajomością tematu. Nasz Doktor uwielbiał jeździć tą trasą, a czasem zapomniawszy się, okrążał wysepkę po kilka razy, zanim oderwał w końcu wzrok od wyborczego performance. Co prawda jakiś czas potem właściciel twarzy i prawdopodobnie narządu zamalował fatalny kolaż, lecz nic już nie mogło popsuć przyjemności jazdy przez rondo. Nasz Doktor nadal widział niecenzuralny wtręt na swoim miejscu. I nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

Będąc człowiekiem, można zrozumieć pęd, a nawet popęd do władzy. Zwłaszcza bezrobotnym marzyła się stabilna posada trybuna ludowego, co to może wszędzie wejść, porozliczać, a przy tym jest w centrum uwagi. Nie zapominajmy o wodzie i paluszkach słonych, które wyborcy często wypominają swoim wybrańcom.

Bez Nieztycha i roweru ani rusz

Od siedzenia po turecku i myślenia drętwieją nogi i trzeba zmienić pozycję, co nienawykłemu do analiz finansowych lekarzowi rodzinnemu sprawia niejaką trudność. Na szczęście od czego jest myślenie życzeniowe. Drzwi gabinetu otwarły się z rozmachem, ukazując kolegę Nieztycha gotowego do pomocy.

Nieztych ogarnął finanse POZ jednym gospodarskim spojrzeniem i zapytał z wyrzutem:

– A gdzie masz koszty reprezentacyjne? Gdzie drogie samochody służbowe, szofer, młoda sekretarka?

– Ja sam, wszystko sam, tymi ręcami – usiłował tłumaczyć się Doktor.

– I za młodą sekretarkę też – ironizował Nieztych.

– A też – naburmuszył się Doktor.

– Ech, dzieciaku, dzieciaku. Niby pracuje taki na własny rozrachunek, a nie ma kosztów reprezentacyjnych i jeszcze okrada się sam łobuz z urlopu – powiedział jakby do siebie.

– A właśnie że byłem na urlopie – odgryzł się Doktor. – Kiedyś.

– Wiemy, wiemy. Wydyżurowałeś w dwa tygodnie miesięczne dyżury, potem po pracy w samochód i na wakacje, żeby po powrocie znowu zarżnąć się robotą. W psychiatrii nazywamy to zespołem konia pociągowego. Od konia pociągowego – dodał wyjaśniająco.

Bogatemu wszystko wolno – miał odgryźć się Nasz Doktor, ale właśnie ugryzł się w język. Chyba mam za długi język, pomyślał Stirlitzem.

Nieztych jak zwykle szybko się znudził dawaniem dobrych rad. Zresztą był na urlopie i nie musiał wcale nic dawać. Zaproponował natomiast pójście na wódkę w wieczór wyborczy, żeby z grubsza ogarnąć sytuację polityczną. Nasz Doktor przyznał koledze rację, zwłaszcza odkąd niezależni naukowcy udowodnili, że to nie żadne czerwone wino przedłuża życie, tylko po prostu alkohol spożywany, jakżeby inaczej, w rozsądnych ilościach. Już się nie muszę katować czerwonym winem, zawsze chciałam się napić białego – przypomniał sobie okrzyk wydany przez lekarkę z pierwszego rzędu na pewnym szkoleniu, gdy podano przełomowe wyniki badań.

Nasz Doktor zapakował wszystkie fiszki, łącznie z tymi, które podrzucił mu Nieztych. Może na razie wydają się nawet niecenzuralne, ale z czasem…

Wracał przez pięknie rozświetlone rondo, rozglądając się po twarzach kandydatów aspirujących do władzy. Ulubiony trybun ludowy miał w miejscu żywotnego narządu na czole ogromną wyrwę, co nie przeszkadzało mu się zagadkowo uśmiechać. Aha, cisza wyborcza, Doktor ze zrozumieniem pokiwał głową. Poza tym wszystkich nas to czeka, z czasem – podsumował parafilozoficznie i smutno Nasz Doktor, a tymczasem trzeba oddać, że tak się wyrażę, głos.

Rafał Stadryniak
internista

 Rower4 kopia400

Niniejszy tekst nie jest reklamą wyborczą żadnego z kandydatów. Uszkodzenia plakatu wyborczego dokonano prawdopodobnie rozmyślnie, aby spowodować straty moralne u kandydata i wywołać zgorszenie maluczkich. Nasz Doktor zaręcza, iż nie miał z tym nic wspólnego, a jedynie czerpał prawdziwą radość z podziwiania aktu wandalizmu wyborczego.

Karteczki z finansami zaś gdzieś się zawieruszyły. Została tylko jedna napisana ręką kolegi Nieztycha: „Kup se rower”.

 

Rysunki Zen