Ciszej nad tą izbą…

...choć zewsząd słychać lament

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. (Julian Tuwim)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Nasz Doktor właśnie robił porządki w papierach, gdy zaskoczyła go wiadomość z tzw. pierwszej ręki. Kolega ufiksowany w izbach oznajmił w tajemniczym mejlu, że czas zmienić składkę miesięczną, bo jest „śmiesznie mała”.

Teraz ma być podobno śmiesznie większa. I cóż z tego. Rzymianie opodatkowali nawet używanie świeżego powietrza, co dzisiaj nazywamy „klimatycznym”. Wprowadzili także sprawiedliwy zwyczaj wykupywania się od nieprzyjemnych obowiązków, na przykład od służby wojskowej. Poza tym w każdym biznesie za „ochronę”, zwłaszcza niepotrzebną, trzeba płacić.

xwbalonieimg324 660

Od izby lekarskiej nie ma ucieczki. Płacisz za samo oddychanie i nie wykupisz się ani nie wykpisz. Nierychliwa ona, ale nieuchronna. Chcesz, bracie, robić specjalizację? Spróbuj nie zapłacić. Nie chcesz gazetki za swoje składki? Nie ma takiej możliwości. Czytaj i płacz.

Kolega mitygował w następnym mejlu, że tak trzeba, że wszyscy podnoszą, że trzeba być dzieckiem, żeby tego nie rozumieć. Nasz Doktor był takim dzieckiem.

Dorosły w nim podpowiadał, że zawsze lepiej należeć do jakiejś bandy, że w kupie raźniej, że ktoś musi nas reprezentować itd. Jednak nagie fakty przeczyły intuicyjnemu pojmowaniu rzeczywistości. Jakoś nikt nie chciał z izbą lekarską rozmawiać ani brać pod uwagę jej listomiotania się i prób usprawiedliwienia swego niby-istnienia. Podobne sytuacje miały już ustalone miejsce w historii. Jak Liga Narodów się nie popisała, to ją rozwiązano. W to miejsce powołano ONZ. W międzyczasie była wojna…

Nasz Doktor był raczej pokojowo nastawiony, ale może rzeczywiście jakaś mała wojna by się przydała, żeby coś zmienić…

Dobre buty, z dobrej skóry

Inne mejle były już na przyjemniejsze tematy. Zniżki na buty, zniżki na OC/AC, zniżki na wyjazdy do spa. A wszystko to adresowane specjalnie do lekarzy i lekarzy farmaceutów.

No właśnie, środowisko medyczne stanowi idealną pożywkę dla dobrych kredytów, drogich gadżetów na raty i tym podobnych. Lekarz jako idealny kredytobiorca nie ma dokąd uciekać ze swoim prawem wykonywania zawodu i delikatnym rączkami, statystycznie oczywiście.

Nasz Doktor tak się zestresował tym marazmem i bezradnością swojego samorządu, że postanowił kupić buty z przeceny i pojechać do spa.

Buty czekały już za rogiem. W Biedronce właśnie była dostawa i kopytka ze skóry jak ulane na nogę, za śmieszną cenę. Zadowolony z siebie postanowił założyć je niezwłocznie, żeby rozchodzić, tak na wyjazd do spa.

Właśnie podczas tych ukradkowych przymiarek w gabinecie wpadł znienacka sympatyczny kolega ze studiów, doktor Luzik. Ten, co to nigdy nie widział problemów, a jeżeli nawet jakieś rysowały się na horyzoncie, to powtarzał jak mantrę „luzik, luzik” albo po prostu „wrzucał na luzik”.

Jakoś to wszystko działało, chociaż czasami miał twarz aż wykrzywioną z wysiłku od utrzymywania stanu błogiego rozluźnienia.

Cóż, ciężko jest żyć lekko… Mimo swego programowego wyluzowania od razu dojrzał nowe, skórzane kopytka.

– Ciekawy sprzęt na nóżki – zagaił Luzik, sadowiąc się na fotelu dla pacjentów.

– To z Biedronki – lojalnie poinformował Nasz Doktor metodą wszystkich chwalonych za ubiór czy wypieki domowe pań, które skubiąc obrus dodają, że o, tu się nie dopiekło, a w ogóle to suknia jest z ciucholandu, tylko krawcowa przerobiła.

– Nie szkodzi, że z Biedronki. Wyglądają jak z Lidla – uprzejmie zauważył Luzik i płynnie przeszedł do swojej sprawy.

Ale o co chodzi?

Z grubsza chodziło o to, żeby zbadać rodzoną ciotkę, a potem leczyć.

– I najważniejsze – zaznaczył Luzik – żebyś powiedział, że to ja ją wcisnąłem w kolejkę.

Taki teraz przymus, żeby kogoś wyminąć w kolejce, żeby być pierwszym, nawet jak stoją tylko dwie osoby.

Zawsze tak było, zamyślił się Nasz Doktor, tylko teraz nie honor wystawać w kolejkach, a kiedyś to był przecież nasz sport narodowy. Nasz Doktor doskonale sobie zapamiętał, jak będąc dzieckiem, stał po nocach na węglarce przy torach po przydziałowy opał. A towarzystwo było zgoła nieszkolne…

– Tylko nie zapomnij. Jak ciotka ci powie, że jest ciotką, to ty wtedy jej powiesz, że się interesowałem i załatwiłem co trzeba.

A nie prościej byłoby powiedzieć tradycyjnie: najlepsze kasztany są na placu Pigalle? I odzew o Zuzannie?

Ale Luzik był już daleko i załatwiał kolejne sprawy.

Pediatrą trzeba być!

Jeszcze na moment myśli Naszego Doktora popędziły do zjawiska zwanego izbami lekarskimi i zaraz potem skończyło się myślenie, bo pacjenci opadli Doktora ze wszystkich stron. Był to czas, kiedy akurat nie było w przychodni pediatry i trzeba było występować jako internista i jako pediatra. Pacjenci zresztą mocno grymasili. Mając do wyboru rodzinnego i pediatrę dla dziecka, wybierali, nic dziwnego, tego ostatniego. Dzisiaj żadnego wyboru nie było i Nasz Doktor został zasypany lawiną małych pacjentów z podejrzeniem przeziębienia, podejrzeniem skrzywienia kręgosłupa oraz rodziców, którzy chcą na pewno zwolnić dziecko z zajęć WF. Ćwiczenie na WF-ie zawsze budziło duże emocje. Nasz Doktor rozumiał niechęć niektórych latorośli do tego przedmiotu, zwłaszcza jeśli nie były biegłe w sporcie. Otwartą kwestią pozostawało ocenianie takich na ten przykład fikołków: czy bierzemy pod uwagę bezwzględne rezultaty, czy zaangażowanie i sportową postawę?

Zupełnie jak w medycynie, podumał Nasz Doktor. Czy świetny fachowiec, ale cham, czy ciepłe kluchy, ale daje na wszystkie badania...

Co nam właściwie dają izby?

Przy słowie „kluchy” myśli Doktora znów przeskoczyły dziwnym trafem na izbę lekarską.

Doktor zastanowił się i znów zupełnie przypadkowo z otchłani pamięci w świetle dziennym ukazało się klasyczne pytanie szkolne z biologii: Kto z dzieci powie nam dzisiaj, co nam daje krowa? No? Oczywiście mleko, chociaż niezupełnie dobrowolnie.

A co nam dają izby lekarskie? Na tak postawione pytanie jednoznaczna odpowiedź nie jest łatwa. Lekarze byli bardziej zżyci z kasami chorych, potem z NFZ-em i ZUS-em, który zafundował im numery prawa wykonywania zawodu i umożliwił korzystanie z przywileju wypisywania zwolnień, niż z izbami. A co takiego dają nam izby? Za cholerę nie mógł sobie przypomnieć. Dobrze, że takiego pytania nie ma na testowym do specjalizacji, bo jak nic można by polec. Może ten pomysł, żeby wprowadzić legitymację lekarza, która uprawniałaby do kupowania leków bez kolejki? – przypominał sobie dawną izbową ideę. Na szczęście nie wypaliła, gdyż machanie chorym ludziom jakimś legitymacjami w aptece mogło się skończyć zasłużonym linczem. Gdyby tak legitymacja działała w innych sklepach…

A pacjentka już stała

Tak się zapętlił w szukaniu jakichś uzasadnień logicznych, że nie spostrzegł wejścia do gabinetu pewnej stałej pacjentki. Jako że pacjentka była stała, cała wizyta miała przebieg mocno zrytualizowany. Najpierw pani dzieliła się skrótem najnowszych wpadek lekarskich i błędów w sztuce, zarówno ogólnopolskich, jak i osiedlowych. Potem następowało wyliczanie objawów, które zostały zauważone przez panią i przepytywanie, czy Doktor zaręczy, że to nie rak. A potem niewiasta rozwijała kartkę z listą badań, na które miałaby ochotę. Nasz Doktor nawet rozumiał te pacjentkę. Doskonale przystosowała się do panującego modelu ochrony zdrowia.

Pacjentom mówi się głośno, że wszystko mają zagwarantowane bezpłatnie. Jedyną przeszkodę stanowi lekarz, który próbuje coś utrudniać…

Nie strugaj dziada!

W ogóle dzień był jakiś ciężki i od rana wisiała nad gabinetem ciemna chmura. Nasz Doktor starał się myśleć pozytywnie, ale widmo podwyżki składek na izby lekarskie nie dawała mu spokoju. Jak ten kamyczek w bucie. Nie potrafił tego logicznie wytłumaczyć. Czyżby stracił właśnie poczucie bezpieczeństwa? Niby prezes mówił, że nas na to stać, że potrzeba taka.

Nie strugaj dziada, rzuć trochę kasy – zabrzmiało mu znienacka w uszach powiedzonko kolegi Nieztycha, który nie tolerował, jak mu się nie postawiło obiadu czy piwa. Aha, może to właśnie tak działa, żeby nie strugać dziada.

Pacjentka z wizją

Kolejna pacjentka też była stała i ponadto miała własną wizję leczenia. Bóle głowy mają być leczone u neurologa, nogi u reumatologa względnie ortopedy lub chirurga naczyniowego, brzuch u gastrologa itd. W tym schemacie nie było miejsca dla lekarza rodzinnego, poza oczywiście wypisaniem kwitów na konsultacje specjalistów. Nasz Doktor usiłował nieśmiało tłumaczyć, że sam może się zająć tym wszystkim, ale było to wołanie rozpaczy. Pacjentka i tak wiedziała lepiej. Nasz Doktor próbował jeszcze metody, którą był nabył na szkoleniach lekarzy rodzinnych, a mianowicie nawiązania bliższego kontaktu z pacjentem i wytłumaczenie na logikę i spokojnie, co i dlaczego. Miały dziać się cuda. Nie wiadomo dlaczego ta metoda działała tylko na szkoleniach. Chcąc nawiązać dobry kontakt, Nasz Doktor posłużył się przenośnią, że niby np. jak pacjentka gotuje zupę, to lekarz się nie wtrąca, czyli zgodnie z zasadą wzajemności dobrze by było, żeby przy leczeniu brać jednak pod uwagę zdanie lekarza. Pacjentka popatrzyła, jak to się mówi, spode łba i powtarzając to jest moje zdrowie, ja nie przyszłam sobie na pogaduszki, tylko po skierowanie, ostentacyjnie wyszła.

Nasz Doktor rozumiał oczywiście, że dla każdego zdrowie jest największym skarbem, tym większym, że za jego brak można uzyskać świadczenia pieniężne.

Poza tym wydało się, że Doktor przypadkowo zna się na ludziach. Od pielęgniarki dowiedział się, że pacjentka owa jest z zawodu kucharką i być może dlatego porównanie nie poszło jej w smak.

Co za dzień! dumał Nasz Doktor. Sami problemowi nie do leczenia i nie do wyleczenia. I jeszcze te nasze izby, które za nic nie chcą pójść w zapomnienie. To stanowczo za wiele.

Pacjent, który się nie wygłupia

Passa trudnych pacjentów trwała w najlepsze. Kolejnym problemowym był stary wyjadacz przychodniany.

Nasz Doktor przyłapał się na marzeniu, że może by tak ktoś nowy wreszcie zachorował…

Rzeczywistości nie dało się zaczarować. Pacjent znany był z tego, że chciał się leczyć, ale nie brał leków, chciał schudnąć, ale nie stosował diety i nie zamierzał się wygłupiać (to o ćwiczeniach fizycznych) i nie miał zamiaru rzucić palenia, chociaż sam przyznawał, że może i dobrze by było rzucić… Właśnie kolejny raz deklarował, że chce się za siebie wziąć. I kolejny raz okazywało się, że chodzi mu o powtórzenie badań, a zwłaszcza cholesterolu, które to badanie stało się wręcz fetyszem.

– A może oznaczymy poziom nikotyny – zaproponował zdesperowany Nasz Doktor.

– Na Fundusz? Zaciekawił się pacjent.

– Nie, prywatnie. Za prawdziwe pieniądze.

– Jak prywatnie, to nie.

– A nie pyta pan, czy to coś zmieni?

– Jak nie na Fundusz, to nie robię – powtórzył jeszcze raz pacjent, który ufał tylko Funduszowi i potrafił być konsekwentny w wymaganiu i w paleniu.

– No to teraz przejdźmy do diety…

Komu wolno gwizdać w kościele?

Miłym przerywnikiem była rozmowa ze staruszkiem, który wybierał się do sanatorium prywatnie, bo co się będzie prosił funduszu. Nasz Doktor przecierał ze zdumienia oczy. Więc tacy ludzie jednak istnieją.

– Ale proszę uważać z zabiegami, w pewnym wieku należy dobierać je ostrożnie i z umiarem. Zresztą będzie tam lekarz, który czuwa nad tym.

– A co mi tam – dziarsko wykrzyknął pacjent. – Mam 85 lat! Już mi wolno gwizdać w kościele!

Doktor przyjrzał się pacjentowi na nowo. Będą mieli z nim wesoło, bo skoro już może gwizdać w kościele, to praktycznie może wszystko... A swoją drogą, chyba przegapiłem jakieś zmiany…

Problem imiesłowowy

Na zakończenie dnia przyszła jeszcze pani Stanisława, która miała przewlekły problem imiesłowowy. Używała imiesłowów rozrzutnie, konstruując dziwne twory leksykalne. „Sądząc, iż musząc się pokazać” było typowym jej zagajeniem. Do niej należało również: „Uważam, iż ponieważ” i „przyszedłszy się lecząc”. Obecnie po wielu wizytach w przychodni nie stanowiła już żadnej sensacji. Nasz Doktor, który chodził do tej samej podstawówki, miał wrażenie, że musiał opuścić którąś lekcję polskiego. Stanisława oprócz tych śmiesznostek, które nie poddawały się żadnej terapii, nie była na szczęście poważnie chora. Chodziło raczej o pewne problemy nerwicowo-egzystencjalne. Poza tym lubiła się dzielić najnowszymi wiadomościami z życia osiedla, a pamięć i kojarzenie w tym względzie miała zgoła komputerowe. Pielęgniarki nazywały Stanisławę poeszczotliwie „STASI” i wielokrotnie pogłębiały u niej wywiad środowiskowy o ciekawe i intymne szczegóły, których pacjentka-agentka bynajmniej nie trzymała zazdrośnie w tajemnicy.

Keizen

Nasz Doktor zdał sobie sprawę, że zdarza mu się wyłączać, gdy następują monologi na być może istotne dla życia osiedla tematy, ale nieistotne medycznie. Uparcie przeżywał izby.

Ciekawe jak się ma do tego błądzenia myślami w pracy filozofia „keizen” rodem z japońskich korporacji, która każe stale podnosić kwalifikacje i przemyśliwać nad usprawnieniem każdej czynności, tak żeby zabierała jak najmniej czasu. Był w tym słowie zaklęty cały japoński perfekcjonizm. W naszym peozetowskim wydaniu keizen stanowiło nie lada wyzwanie w zderzeniu z realnymi problemami.

Zbliżał się czas zamknięcia przychodni, a i pacjenci się już skończyli i doktor zaczął pakować swoje gadżety na dyżur.

Na deser – fałszywy impotent

Na samym końcu, gdy podłoga w poradni była już umyta i personel szykował się do wyjścia, wślizgnął się jeszcze pan w kapeluszu i od razu skierował do gabinetu Doktora.

– Ja proszę o ratunek – zagaił bez wstępu.

– A, to dobrze pan trafił – Nasz Doktor rozpromienił się na chwilę. – Niczym innym się tu nie zajmujemy, a nawet koledzy z pogotowia ratunkowego zaczynają być zazdrośni. Ale do rzeczy, do rzeczy.

– No więc mam kochankę.

– Gratuluję, gratuluję – Nasz Doktor czuł intuicyjnie, że musi wspierać pacjenta potrzebującego ratunku.

– A właściwie mam jej już dosyć. I powiedziałem jej, że stałem się impotentem, żeby mi dała spokój.

– Sam pan na to wpadł? – zaciekawił się Doktor.

– No, czyta się troszeczkę – z dumą odparł fałszywy impotent.

– I zadziałało? – Nasz Doktor był coraz bardziej zaciekawiony przypadkiem pacjenta.

– A zadziałało. Kochanka poszła na skargę do żony. Żona zamiast mnie bronić, powiedziała, że zasadniczo to taki bardzo bojowy nigdy nie byłem. One sobie pogadały, a ja cierpię. Spotyka mnie przemoc domowa – tu pacjent wskazał na brzuch.

– Był pan kopany po brzuchu – domyślił się Doktor.

– Gorzej. Normalny terror i przemoc domowa. Skończyły się obiady, kanapki do pracy, kolacyjki. Schudłem 10 kilo.

– A czego pan oczekuje ode mnie? – Doktor starał się nie zerkać na zegarek i żeglować do brzegu.

– Że jak przyjdzie żona, to pan doktor nie powie, że ja tu byłem.

– Hmmm. Pokrętna logika. Ale dobrze, wszystko dla dobra pacjenta zgodnie z kodeksem i wytycznymi.

Pacjent wyszedł bardzo zadowolony i Nasz Doktor miał wrażenie, że właśnie ten pacjent był dziś najlepiej leczony. Myśli znowu uleciały w stratosferę.

W duszy śpiewało mu rytmicznie „Keizen, zeizen, zen zen”, które przeszło nieoczekiwanie w minorowe „Izba, izba, ba, ba”.

Już dobrze, już dobrze, ciszej nad tą izbą.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen