Profesjonalizm w medycynie z perspektywy ogródków działkowych

Giez 1 X 1954 nadrzewie kopia400

Rafał Stadryniak = @Grypa

Dlaczego akurat z perspektywy ogródków? Otóż jest to niedoceniane opiniotwórcze środowisko. Niebranie go pod uwagę przyczyniło się do okulania niejednej władzy. Na pewno jest jakiś geniusz loci w tej pozornie trywialnej lokalizacji…

Nasz Doktor był jawnie zapracowany, ale cały czas myślał tylko, jak by się tu urwać z łańcucha. Kolega Nieztych mimochodem podrzucił temat, że na działkach są fantastyczne werandy, które nadają się do intymnych spotkań z dala od ciekawskich oczu. Do tego Pszczółka wygadała się, że jej babcia, zresztą pacjentka Doktora, ma taką zaciszną budowlę ogrodową na osiedlowym działkowisku. W spotkaniu po pracy główną rzeczą jest zachowanie incognito. Ogródki wydawały się idealne, tylko trzeba było doczekać weekendu. A lekko nie było.

Aż wreszcie wszystkie chmury z całego tygodnia się rozstąpiły i wyjrzała sobota. To dziś – szeptało Doktorowi do ucha – wreszcie luz blus i anonimowość. Nieztych trochę się spóźnił, bo wracał wprost z policji, gdzie składał wyjaśnienia w sprawie, której kompletnie nie pamiętał.

– Oni tam w ogóle nie zwracają na to uwagi, że nikt nic nie wie – poskarżył się Nieztych. – Ale za to jak mnie tam wszyscy lubią!

Doktor pokiwał głową, bo wiara Nieztycha w powszechne uwielbienie była ogólnie znana i stanowiła część jego osobowości.

A co chcieli, oprócz, co oczywiste, zobaczenia ulubionego doktora?

– A jakieś afery, pieczątki, recepty…

– Ach, recepty – wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem i połączyli się w bólu.

Oficer mówił, że to rutynowe przesłuchanie, i że mają już lekarzy po dziurki w nosie, z wyjątkiem mnie, ma się rozumieć – zakończył Nieztych nieświadomym cytatem z Misia Uszatka.

Wkręt w altanie

Żeby odegnać zmory z pracy, pozostało tylko poszukać babcinej altanki. Od początku było idealnie. Altana babci okazała się solidną budowlą, zadaszoną przyzwoicie, zamkniętą i zagrodzoną z zachowaniem wszelkich standardów intymności. W ogródku rosły półprodukty do grilla wegetariańskiego. W środku było nawet łóżko. Pszczółka zlustrowała pobieżnie całe to gospodarstwo i z satysfakcją powiedziała:

– To jest właśnie moja rodzona babcia.

Nieztych jako umysł praktyczny omiótł wszystko wzrokiem i zawyrokował:

– Niezła chatka-kopulatka. Bierzmy się zatem do roboty, czyli do grilla – wyjaśnił na wszelki wypadek.

Pszczółka zakrzątnęła się jak to nie ona. W pracy leniwa i zwlekająca, tutaj migiem rozłożyła jakieś koszyczki, ręczniczki. Nasz Doktor rozdmuchał szybko ogień i grill nabrał rumieńców.

– Dawniej takie coś nazywaliśmy kominkiem medycznym. Spotykali się lekarze różnych specjalności i kulturalnie się spierali na różne tematy w celu poprawienia swego warsztatu i zarażania się nawzajem etycznym postawami.

– Zaraz poprawimy warsztat – wyrwał się Nieztych, odbijając z wdziękiem zawodowca wino. – I zarazimy się etycznymi postawami. Czerwone – dodał z dumą, prezentując pod światło etykietę. – Ma mnóstwo antyoksydantów.

– Do tego pasują ciasteczka owsiane – Pszczółka nie chciała być mniej prozdrowotna.

Ciastka były pyszne, ale Doktorowi nagle coś zgrzytnęło pod zębem. Ja to mam szczęście. Znowu pierścionek…

Rzeczywistość okazała się bardziej przaśna. Z ciasteczka wystawał częściowo przygryziony wkręt (pot. śrubka). Pszczółka spiekła raka, po czym wyznała, że jednak nie piekła sama, tylko dostała od wdzięcznego pacjenta.

– Aaa, to wiele wyjaśnia. Ciekawe cóż to znajdziemy w następnych. Kawałki szkła, sznurek, kapsułkę z cyjankiem – zastanawiał się Nieztych.

Gdy zaspokojono pierwszy głód i pierwsze pragnienie, rozmowa zeszła na tematy ontologiczno-deontologiczne. Deontologia, kojarzona początkowo wyłącznie ze stomatologią, okazała się dość pojemna i zawierała również przesłanie dla innych specjalności medycznych.

Konkretnie spierano się o to, czy należy koniecznie nawiązywać przyjazne stosunki z pacjentem dla dobra procesu leczniczego.

– A cóż to jest ten proces? – zastanawiał się Nieztych.

Ustalono, że inni fachowcy nie muszą się zaprzyjaźniać ze zleceniodawcą i że wobec tego zawód lekarza musi być jakiś szczególny.

Nasz doktor wykazał, że zwłaszcza od specjalistów nie oczekuje się zaprzyjaźniania, natomiast każdy pacjent domaga się oswojonego lekarza rodzinnego, domowego, czy jak tam jeszcze jest nazywane to podstawowe ogniwo medycyny.

– Ja tam się wolę na wszelki wypadek zaprzyjaźnić – oświadczyła Pszczółka. – Mniej skarg potem – argumentowała logicznie.

Nasz Doktor nie zgadzał się z takim stanowiskiem, albowiem wiedział, że z wielkiej miłości jest wielka nienawiść i nie ma bardziej mściwej istoty na świecie niż zawiedziona kobieta, w tym wypadku kobieta-pacjent. A więc chłodny profesjonalizm czy prywata i folgowanie swoim uczuciom? Bo przecież nie mówimy tu o zawodowej uprzejmości, ale o prawdziwej i głębokiej do bólu empatii, która w skrajnych wypadkach może zaburzać osobowość lekarza.

Nasz Doktor popuścił wodze fantazji i wyobraził sobie jeszcze ściślejsze relacje z pacjentami, które już teraz były dość gęste z powodu dostępności do POZ przekraczającej granice rozsądku.

Мы с девочками не дружимся – przypomniał sobie motto kolegów po fachu z praktyki zagranicznej. Fakt, że dotyczyło trochę innych sytuacji… ale przecież są prawdy uniwersalne, które pasują do wszystkiego.

– A więc co ustalamy? – Nieztych był właśnie z tych, co starają się szybko dobijać do brzegu. – Ustalmy, że lubienie pacjentów jest w naszym interesie i jest naszą tarczą i polisą.

– A chodzenie po głowie? – Nasz Doktor miał niejakie wątpliwości.

– Do wszystkiego można się przyuczyć, przyzwyczaić.

W tym układzie pójście na dwutygodniowy urlop i zerwanie się z tego emocjonalnego oflagu będzie miało wysoce demoralizujący wpływ. Zresztą niektórzy lekarze najbardziej boją się powrotu do pracy po urlopie, zanim jeszcze wyjadą na wypoczynek. I słusznie. Taki urlop może spowodować, że lekarz zacznie podejrzewać istnienie jakichś innych relacji międzyludzkich niż proponowane przez etyków medycyny.

Tutaj wszyscy zebrani, co prawda po ciasteczkach i czerwonym winie, zgodzili się, że w naszym systemie lekarz ma być lekarzem ciała i przewodnikiem duchowym w stylu psychoterapeuty, czyli de facto zasuwa na dwóch etatach. Z braku środków nie rozwinął się u nas system wypłakiwania się na kozetce psychoanalityka. Tym sposobem oszczędzono kolosalne publiczne pieniądze. Lekarze łyknęli tę przynętę, przyjmując, że tak ma być i już. Do niedawna lekarz był także tajnym pracownikiem socjalnym. Sam Nasz Doktor był wzywany kilka razy do dzikiego lokatora, którego trzeba było gdzieś umieścić. Wzywający mieli na myśli skierowanie klienta do szpitala. Niestety lokator nie wykazywał innych odchyleń od normy poza nieposiadaniem adresu. Długo tłumaczono Doktorowi, że to ze wskazań społecznych, dla dobra wszystkich etc. Nagabującymi byli policjanci, pielęgniarka oddziałowa, która wezwała pogotowie, a nawet dyrektorka pobliskiej szkoły. Nasz Doktor w końcu stracił cierpliwość i poprosił, żeby dla dobra sprawy wszyscy troje wzięli bezdomnego do siebie. Żeby było sprawiedliwie – każdy po tygodniu na początek. Co ciekawe, najmniej zainteresowany własnym udomowieniem był sam zainteresowany.

– No, dosyć tych smuteczków – Nieztych wstał i zarządził autorytarnie: – Trzeba się napić. Ich bin fiszbin. No to łyk, żeby kotlet nie pomyślał, że zjadł go pies – wyrecytował monotonnym głosem i spełnił toast do dna.

Nieztych, który po kilku toastach stał się jeszcze bardziej rozmowny i przyjacielski, przypomniał sobie, że ma kolegę na drugim biegunie Polski, który prowadzi POZ obsługujący weteranów. 95% populacji stanowią osoby po 75 r.ż. Kolega ten posiada pełną świadomość, że w każdej chwili może nie mieć nikogo na liście aktywnej. Zrobił się taki nerwowy, że aż zaczął praktykować religijnie. Regularnie chodzi na nabożeństwa, a przy okazji spogląda na klepsydry… Jego pacjenci zaś uważają, że wizyta lekarska w domu jest niekompletna, jeśli lekarz osobiście nie wykupi leków zalecanych na recepcie.

Tak, lekarz POZ nie ma tego komfortu, żeby kogoś nie lubić.

– Ogródki ogródkami, a ja uważam, że trzeba mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, bez, pardon, drogie panie, pudrowania. – Nieztych aż wstał, żeby poprzeć swoje słowa wyprostowaną postawą, ale nie wyszło to najlepiej.

– Ty używasz wielkich słów – Nasz Doktor zaczął martwić się o kolegę, który raczej nieskłonny był do wzniosłych czynów. – Może na dzisiaj wystarczy już tego grilla, a spotkamy się w jakimś lokalu w tygodniu.

Nie wiadomo kiedy zaczęło się rozjaśniać i kolejny chłodny poranek powoli ogrzewał się w słońcu. Na odchodne policzono straty własne. Kilka zbitych kieliszków, niezjedzone ciasteczka z możliwą wkładką, pewien niedosyt w dyskusji.

Giez 11 1954wakcji kopia400

Wartość dodaną stanowiły liczne bąble po komarach, które też miały imprezę. Nie pomogła fizelina z beli, w którą pozawijali się grillujący przed zimnem i przed kąśliwymi owadami. Nasz Doktor stwierdził ponadto, że został brutalnie pokłuty przez komary również na czubku głowy. Kiedyś, przy gęstej lwiej grzywie byłoby to technicznie niemożliwe. A teraz jest jak jest. Dobrze, że chociaż sprawca znany – pocieszał się Nasz Doktor, rozcierając zgrabiałe kończyny. Na zimę fizelina się nie nada – podsumował praktycznie.

Ranek na działkach był naprawdę rześki, tak samo zresztą jak październikowe wieczory. Nawet rowerzyści to zrozumieli i poruszali się albo w południe, albo w czapkach. Ci, którzy tego nie rozumieli, zaludniali poczekalnie, oczekując od lekarza rodzinnego niewiele, bo jedynie skierowania do laryngologa. Każda dyskusja sprowadzała się do upewnienia, że laryngolog jest od gardła i od zatok.

– I jeszcze od uszu podrzucał Doktor prostą piłkę.

– Właśnie – odrzucała pacjentka – uszy też mam chore, coś mi tam prztyka.

Gdyby było choć trochę płatne, przestałoby prztykać samo, a tak trzeba będzie uruchomić procedury wysokospecjalistyczne… pomyślał z westchnieniem Nasz Doktor, który nie widział wyjścia z tej matni. Nie dość tego, dziesiątki prztykających życzyły sobie dopisku „pilne” na skierowaniu, bo pani doktor powiedziała, że tylko wtedy przyjmie. Ciekawe co zrobić z empatią, która w tym momencie się po prostu marnuje. Pacjenci słusznie podejrzewali, że normalnym trybem, po dwóch tygodniach pstrykanie samo przejdzie i specjalista nie będzie miał okazji, żeby zobaczyć chorobę w jej rozkwicie.

Szurając resztkami grilla, Pszczółka pogodziła się z tym, że musi posprzątać po imprezie. Nieztych ogarnął z grubsza pozostałe szkło, czym zasłużył na rozmarzone spojrzenie Pszczółki. Ale obłuda – Nasz Doktor aż zachłysnął się w myślach oburzeniem. Przecież ten człowiek nigdy nie sprząta. Nawet skarpetki ma jednorazowe, nie mówiąc o kobietach. Tu ugryzł się solidarnie w język i uczciwie przyznał, że trochę zazdrości. Dla fasonu zrzucił okruszki z ciastek na podłogę i schował ciasteczkowy wkręt na pamiątkę.

Może nie jest tak, jak myślimy. Może ktoś przygotowywał te cymesy jak osławioną zupę na gwoździu?

Pszczółka była bardzo wesoła. Dostała prawo wyboru lokalu na kolejną burzę mózgów. Cała promieniała panieńskim rumieńcem. Nieztych był jednym z tych facetów, co zawsze zostawiają dziewczynie trochę nadziei, że może następnym razem…

I znów poniedziałek

W domu okazało się, że zabawa musiała być lepsza, niż się wydawało, bo gdzieś zaginął sweterek Doktora, a nawet skromny sportowy zegarek. Na bank zostawione w gościnnej altanie.

W pracy było jakieś przesilenie. Do rowerzystów dołączyły panie myjące okna przed zimą i rąbiący drewno do kominków. Sama klasyka medycyny rodzinnej. Nawet nie było kiedy wyskoczyć po pozostawione fanty. Zresztą trzeba by się prosić o klucz. Nie wiadomo, czy Doktor trafiłby do zakamuflowanej altanki, jednej z setek podobnych. Słowem nic się nie dało zrobić.

Korepetycje w lokalu gastronomicznym

Czas w pracy szybko zleciał i nie wiadomo kiedy zrobiło się piątkowe popołudnie. Na spotkanie w lokalu stawili się wszyscy zainteresowani. Pszczółka zajechała swoim poobijanym autem, które, jak tłumaczyła, jest bardzo praktyczne, bo nie budzi agresji pacjentów.

Nieztych nawet się nie spóźnił, bo jak zaznaczył na wstępie, dzisiejszą sprawę z policją załatwił w godzinach pracy. Był poza tym zadowolony, że tym razem wystąpił w roli świadka. Ale mnie tam wszyscy lubią – zakończył.

No pewnie, taką miłością jak stałego bywalca.

Pszczółka zjawiła się z koleżanką, która, podobno też medyczka, odstawała od obiegowych opinii o dziewczynach z medycyny. Neztych przedstawił się szarmancko, dodając przy tym obowiązkowo: Ich bin fiszbin. Wiedział łobuz, że znajomość języków obcych zawsze robi wrażenie na płci pięknej. A Nowa była niczego sobie i wyglądała raczej jak Supernowa, a nie zwykła Nowa.

Nowa nie miała z Nieztychem wcześniej przyjemności, więc poprosiła o powtórzenie kwestii.

Ich bin fiszbin – przedstawił się zadowolony z siebie Nieztych na cały lokal.

Lody zostały przełamane. Nowa chciała się dowiedzieć, czy ten fiszbin to jest coś medycznego.

– Oczywiście, jak najbardziej medycznego. Złapałem to na psychiatrii – Niezłych był w swoim żywiole – jak byłem w odwiedzinach, u znajomej lekarki, ma się rozumieć. Pacjent miał właśnie taki przymus mówienia, bo wydawało mu się, że jest animagiem.

– Ani-co? Ani-czym? – zainteresowały się dziewczyny.

– Animagiem. To z Harry’ego Pottera. Facetowi wydawało się, że zamienia się w walenia.

– W walenia, na lądzie? – Pszczółka usiłowała ogarnąć abstrakcję.

Nic się nie martw, że nie rozumiesz – pocieszał Nieztych. – Ja załapałem się na końcówkę fiszbina, bo dawali mu silnie tłumiące prochy. Dzięki mnie jego fraza przetrwa wieki.

Nasz Doktor był lekko sceptyczny, gdyż dwa tygodnie temu Nieztych witał wszystkich Ojcem chrzestnym, wypychając sobie policzki, zresztą bardzo udanie.

Panie zaczęły trochę szeptać, trochę trącać się łokciami, a następnie wyszły do toalety poprawić makijaż, zostawiając sprawę zamówienia w męskich rękach.

okoztraszka kopia660

– Widzisz – zaczął Nieztych, jak tylko panie zniknęły za rogiem – ja ci tu funduję bezpłatne korepetycje z życia. Dopytywałeś się, co widzę w takiej Pszczółce i teraz mogę ci odpowiedzieć na wybranym przykładzie. Każda taka pszczółka ma co najmniej jedną apetyczną koleżankę, która klei się do niej, żeby lepiej wyeksponować różnice w prezencji.

– A, i taką przyjaciółkę łatwiej ugryźć przez Pszczółkę – załapał Nasz Doktor mądrość życiową.

– Otóż to. A ty będziesz moim asystentem, żeby zagadywać Pszczółkę, jak ja będę kleił rozmowę z Nową.

Widać było, że ta sztuka była grywana już wielokrotnie.

– A rozmowy o etyce i takie tam – dopytywał Nasz Doktor.

– A, daj spokój. To było tylko tak na ogródkach działkowych, dla Pszczółki. Teraz czas wypuścić zwierzęta.

sexsmok kopia660

Zwierzęta zostały wypuszczone, a do tego, tak zupełnie znikąd przyplątał się znajomy z odległego POZ, niejaki Doktor Luzik. Znany był z tego, że w najbardziej stresowych momentach „wrzucał na luzik” i zwalniał. Jego słynne powolutku, luzik stało się przysłowiowe. Luzik nie był wcale ani powolny, ani rozlazły, tylko organicznie nie lubił stresu. Mawiał nawet, że stres mu nie służy. Przysiadł się z przyjemnością i pokrótce razem z Nieztychem zaczęli oczarowywać koleżanki, które wróciły z toalety odświeżone i ożywione. Nasz Doktor z przerażeniem obserwował, jak inteligentne i dorosłe lekarki łapią się na lep przecenionych dowcipów i ociekających wazeliną białą komplementów. Brakuje tylko Buthyri cacao – denerwował się Nasz Doktor.

Luzik dzielnie sekundował Nieztychowi i Nasz Doktor zrozumiał, że ów właśnie skradł mu jego rolę.

Coś zjedzono, coś wypito.

Od piętnastu minut jednak atmosfera zaczęła siadać. Luzik kręcił się nerwowo, popatrywał na zegarek i powtarzał swoją mantrę: luzik.

Okazało się, że o 18 ma odebrać od babci córkę – wpadkę z pierwszego małżeństwa. Była już prawie 18. Luzik denerwował się coraz bardziej, ale nie ruszał z miejsca. Gdy naznaczona godzina minęła, otarł symboliczny pot z czoła i z sykiem wypuścił powietrze: uffff, teraz odbierze ją sobie moja była.

Dla rozładowania stresu Pszczółka z ochotą opowiadała, jak to ona ma najcięższe dyżury, najpodstępniejsze przypadki medyczne i najbardziej roszczeniowe rodziny. Przy dobrym czerwonym winie można wybaczyć takie tematy.

Za to Nowa okazała się przesympatyczną panią anatomopatolog, czym z miejsca wzbudziła zainteresowanie panów. Zamiast o pracy, co w pewnym sensie zrozumiałe, opowiadała o swoim kocie, który jest bardzo humorzasty, zwłaszcza od czasu gdy został pozbawiony kocich klejnotów. Ostatnio kot wbił pazur w rękę Nowej i czekał. Nowa też czekała. Przetrzymała kota, który ostentacyjnie się wycofał, po czym przez tydzień dawała mu odczuć, jak jest niezadowolona. Takie kocie fochy.

Nasz Doktor pomyślał, że to tak jakby w domu mieszkały ze sobą dwa koty...

Nie wiadomo kiedy zrobiło się na tyle późno, że trzeba było się żegnać i rozwozić. Luzik gdzieś się zawieruszył, a Nieztych zaoferował podwiezienie Nowej i został przyjęty. Doktorowi została Pszczółka, która była uszczęśliwiona, mogąc do woli wygadać się o swoich ciężkich, ciężkich dyżurach i o pacjentach, którzy nie znają się na etyce lekarskiej…

Kolejny tydzień nastał

W poniedziałek w pracy Nasz Doktor zaczynał od południa popołudniową zmianę. To dobrodziejstwo wprowadziła jeszcze Kasa Chorych, która zagwarantowała pacjentom ciągłość opieki od świtu do zmierzchu. Jak w tym horrorze – zadumał się Nasz Doktor. W przychodni pielęgniarki były jakieś dziwne i powściągliwe. Na półce z kartami Doktora leżała reklamóweczka, a w niej, bingo: sweterek, zegarek i jakieś bokserki.

– To nie moje – tłumaczył się Nasz Doktor. – Na pewno nie moje.

Pielęgniarki były już bardzo rozbawione. Jedna łaskawie wyjaśniła, że przyszła taka starsza pacjentka i powiedziała, że Doktor nazostawiał w jej altance na działkach te rzeczy.

– Sweterek znałyśmy, zegarek znałyśmy, ale co do slipek, trudno było coś powiedzieć.

– Slipy nie moje – szedł w zaparte Nasz Doktor. – A tak w ogóle, to było to spotkanie w sprawach etyki, empatii i profesjonalizmu zawodowego.

Wszyscy ze zrozumieniem pokiwali głowami. Nasz Doktor zorientował się poniewczasie, że nie można liczyć ani na anonimowość nawet w gęstwinie ogródków działkowych, ani na dyskrecję personelu.

Przypomniała mu się za to kapitalna wyliczanka, która przychodziła z pomocą w różnych opresjach. Cytował ją ze słuchu w oryginale, bo niestety nie potrafił jej zgrabnie przetłumaczyć, żeby było równie pouczająco:

Sticks and stones
May break my bones
But words will never hurt me*

Rafał Stadryniak
internista

*http://en.wikipedia.org/wiki/Sticks_and_Stones_%28nursery_rhyme%29

Rysunki: Zen