Nasz Doktor zbiera grzyby

Rafał Stadryniak = @Grypa

Jesień to tradycyjny czas zadumy nad przemijaniem, rachunku sumienia i pogodzenia się z nieuchronnymi zmianami. Nie na darmo Nasz Doktor słyszał od starszego znacznie kolegi stałą jesienną i smutną frazę: wszystko opada i mnie też…

179286 muchomory w trawie zeschle liscie300

Doktor był jednak dobrej myśli, bo lubił jesień dla niej samej, a i poradniki w czasopismach kobiecych pisały wyraźnie optymistycznie, że po lecie wigor męski zostaje wydatnie pokrzepiony, tak że jesień jest najlepszym czasem dla mężczyzn na flirt, tak jak wiosna dla pań. Doktor na razie nie miał ochoty na flirt, natomiast zaczynał rozumieć, że kobiecie i mężczyźnie bardzo trudno się spotkać w swoich najlepszych miesiącach, więc najlepiej wychodzi spotkanie w pół drogi, czyli w lecie. To by pasowało do statystyki zdrad i niewierności.

A jesień była piękna tego roku… Rozumieli to również pacjenci, których częściej można było spotkać w lesie na grzybach niż pod gabinetem.

Ja rzucam myśl, a ty ją łap!

Właśnie przez gabinet przewinął się stały bywalec. Od razu wypytał o zdrowie doktora i czy był już na grzybach oraz dlaczego doktora nie było w zeszłym tygodniu przez dwa dni w pracy. Nasz Doktor bronił się nieśmiało, że to tylko dwa dni, że przecież w tym czasie też musiał gdzieś być, tylko już nie pamięta gdzie. Pacjent porozumiewawczo mrugnął i pospiesznie opuścił gabinet, anonsując, że wybiera się do lasu. Był to pacjent tzw. inhalatorowy, więc pomysł żeby iść do lasu, gdzie jak powszechnie wiadomo jest dużo tlenu, miał solidne podstawy teoretyczne. Poza tym zbieractwo czy to grzybów, czy jagód mamy wdrukowane w nasz genom i człowiek jest przy tym i uspokojony, i szczęśliwszy, a jeśli do tego coś znajdzie…

W gabinecie zapachniało na moment wirtualnymi grzybami i Doktorowi zapaliła się czerwona kontrolka, że przecież sam lubi włóczyć się po lesie w słusznej, grzybowej sprawie. Zaplanowanie wyjazdu zajęło chwilę.

Leśne ludziki

Nazajutrz świeżo upieczony lekarz-grzybiarz zaparkował przy lesie. Było szarawo. Po ciepłej nocy unosiła się delikatna mgiełka i pachniało mokrym drewnem. I tu od razu niespodzianka, bo dosłownie znikąd pojawił się jakiś przyszarzały typ na rowerze. Wypytywał o grzyby, o pogodę etc. Póki co nie tykał polityki. Może to pacjent zastanawiał się Nasz Doktor, lecz sytuacja wyjaśniła się sama. Po obowiązkowym small talk Szary zapytał w końcu zduszonym głosem:

– A masz pan fajki?

– Niestety nie palę – Nasz Doktor zaciągnął się odpowiedzią – ale rozumiem nagłą potrzebę i znałem niejednego, co palił…

Gość jednak nie złapał dowcipu i pospiesznie oddalił się, wsiąkając w mgłę.

Krótki rekonesans na skraju lasu potwierdził tylko to, co każde dziecko wie, że grzyby się chowają oraz że czasem więcej grzybiarzy niż grzybów.

Spacer po miękkim mchu sprzyjał pozytywnym myślom i oczyszczaniu umysłu z kłopotów codzienności. Gdzieś pod wierzchem jednak czaiła się dokuczliwa informacja, powracająca jak ćmienie zęba, że mamy coraz bardziej empatycznych lekarzy, zapewne dzięki szkoleniom z Izb Lekarskich i programowi studiów, oraz coraz bardziej asertywnych pacjentów, dzięki zmasowanej propagandzie. Na szczęście mech był bardzo miękki i bardzo zielony.

Kolejnie nieuchronne spotkanie z człowiekiem, nie z grzybem, było bardzo pouczające. Mężczyzna z plecakiem odziany był w barwy narodowe i tzw. koszulkę patriotyczną z orłem. Dziwnym trafem Nasz Doktor miał również taką koszulkę patriotyczną, do tego termoaktywną, tyle że z nadrukowaną zbroją husarską w pełnej krasie. Wystarczyło jedno męskie porozumiewawcze spojrzenie i my, Polacy, rozeszliśmy się bezkonfliktowo.

Po tym zdarzeniu Nasz Doktor upewnił się w przekonaniu, że jakże ważny jest dress code i nie bez znaczenia jest to, w co się ubierzesz zarówno do pracy, jak i do lasu czy do łóżka. Zwłaszcza panie potrafią wyłapać wszystkie niuanse stroju koleżanek, a nawet poczuć się przez ten strój dotkliwie obrażone. W jaki sposób, tego męski umysł nie potrafi dociec, bo empiria w tym względzie dystansuje badania naukowe o co najmniej dwie nieskończoności. Czasopisma kobiece akurat na ten temat znacząco milczą.

Wypad do lasu skończył się sukcesem. Nasz Doktor nie zabłądził i upolował parę dorodnych grzybków na bardzo zgrabnych nóżkach. Oprawimy je i będzie sosik palce lizać – cieszył się w myślach. – Nie będziemy się prosić żony, tylko doda się trochę marchewki, trochę cebulki, mąkę i królewskie danie gotowe. A do tego białe wino.

Logistyka

Snując kulinarne fantazje, nie był jednak wolny od trosk. Zdał sobie bowiem sobie sprawę ze swoich braków w roli człowieka lasu. Przede wszystkim chodził w pojedynkę, podczas gdy większość mieszczuchów uprawia polowanie na grzyby z nagonką, używając do tego dostępne dzieci, dziadków i sąsiadów. Doktor postanowił od razu zagrać va banque i nie dawać grzybom żadnych forów, zapraszając charyzmatycznego kolegę – Nieztycha.

Nieztych o dziwo odebrał telefon już za pierwszym razem. Spotkali się za godzinę, bo tylko tak pasowało Nieztychowi. Jego czas był cenny i był on zdecydowanie nie z tych, co poczekają...

Nas Doktor nie zawiódł się na koledze. Nieztych fachowo cmoknął:

– Grzyby, powiadasz? Nie grzybki, te od wizji, tylko zwyczajne grzyby? Grzyby – poczekał, aż słowo wybrzmi do końca i zamyślił się Nieztych – to stan umysłu. Na grzyby chadzał Carlom Castaneda za swoim mistrzem Don Juanem, nagualem z plemienia Yagi. Grzyby kultywowali tunguscy szamani i wiele pierwotnych nacji. To w takim razie musimy ci zorganizować maczetę – zakończył prozaicznie.

– Aż tak – dopytywał się Nasz Doktor – przewidujesz duże grzyby?

– Grzyby nieważne, ważne żebyś czuł się jak ktoś wyjątkowy. Jak maczo, to maczeta!

– To sama koszulka ze zbroją husarską nie wystarczy?

– Nie wystarczy.

8f76b95c2415573f80f23a241cab75e2mini

Po półgodzinnej prezentacji oręża stanęło na tym, że Doktor dostał do ręki kolumbijską maczetę stylizowaną na szablę, zaopatrzoną również w piłę, a Nieztych wybrał sobie kukri, zakrzywiony nóż Gurkhów, który podobno nie chowa się do pochwy, dopóki nie spłynie krwią.

– Grzyby nie mają szans – ucieszył się Nasz Doktor.

– Jeszcze tylko krokomierze, latarki czołowe, ciuchy moro, lokalizatory.

Nasz Doktor upewnił się jeszcze raz, że na pewno rozmawiają o tych samych grzybach i stanęło na tym, że wielki dzień będzie jutro.

– Jak nie zaśpię – zaznaczył Nieztych – bo dzisiaj szykuje mi się ciężki melanż.

Jako wieloletni małżonek Doktor nawet nie był sobie w stanie tego wyobrazić. Kiedyś, w czasach swojej młodości, gdy nawet w browarze brakowało piwa, imprezy wyglądały inaczej. Cóż, skorzysta z okazji i jutro pociągnie kolegę wyjadacza za język. Chociaż tyle i aż tyle...

– Pamiętaj – rzucił na odchodne Nieztych – gadżety najważniejsze na wojnie i w miłości.

Co on miał dokładnie na myśli? Chyba niekoniecznie maczety i krokomierze – głowił się Nasz Doktor.

Na grzyby umówili się w samo południe, żeby nie załapać się na śniadanie komarów.

Tuż przed snem Nasz Doktor przypomniał sobie, jak to na ostatnim dyżurze przebiegle przyjął na oddział czynnego grzybiarza, który aż rwał się do lasu. Tak się eliminuje konkurencję! A konflikt interesów? – nieśmiało wyszeptało sumienie. Jaki tam konflikt, to była akurat zbieżność interesów. I tak Doktor i jego sumienie uspokojeni zasnęli

Nic nie powstrzyma grzybiarza

Po drodze Nasz Doktor miał małe perturbacje z samochodem i planowana eskapada była zagrożona już na starcie. Przepaliły się dwie żarówki. Wymiana świateł w renomowanym serwisie przybrała nieoczekiwany obrót. Pan mechanik widocznie miał problemy z krzyżem, bo po prawdzie któż ich nie ma, i obowiązkowo wjechał autem na podnośnik, żeby mieć wszystko w wygodnym zasięgu. Gdy już było wygodnie, okazało się, że brakło odpowiednich żarówek, więc pomocnik mechanika (coś jak młodszy asystent na oddziale) poleciał migiem na pobliską stację benzynową, by dokonać zakupu. Potem opuszczano podnośnik, opuszczano w nieskończoność, bo się zaciął.

– Chyba się zaciął – zdiagnozował podnośnik mechanik z krzyżem.

Przyszło jeszcze trzech innych fachowców i każdy sprawdzał, czy podnośnik aby nie zareaguje na jego dotyk. Podnośnik się naprawdę zaciął i nie reagował na żadne zaczepki. Zaczęto więc wpychać różne drewienka w szyny i zębatki, próbować tak i owak.

Zupełnie jak w medycynie – skojarzyło się Doktorowi. Przypomniał sobie znajomego elektryka, który często wspominał, że na zakładzie wołają na niego „doktor”, bo przyjdzie, obejrzy, popuka, popodłącza, zobaczy, czy coś nie strzeli, nie wybuchnie, i jak źle, to w razie czego się poprawi. On się nawet o tego doktora nie obraża, bo się przyzwyczaił.

Ciekawe czy by się przyzwyczaił, jakby do niego wołali: panie lekarzu! – dywagował w myślach Nasz Doktor Rodzinny, przestępując z nogi na nogę.

W końcu szamańskie zabiegi pomogły i autko zjechało z elewatora. Doktor grzecznie spytał się o cenę, ale zakręcony mechanik machnął tylko ręką i rzucił: daj pan dwadzieścia i jedź pan już. A pora była najwyższa do jazdy. Auto zwolnione z podnośnika ochoczo gnało w las.

Typologia

Dwuosobowe komando niebawem znalazło się z dala od asfaltu, na skraju starego sosnowego lasu. Słońce stało wysoko i wesoło przeświecało przez korony drzew. Inni grzybiarze widząc uzbrojonych i potencjalnie niebezpiecznych ludzi w dziwnych ubraniach (w tym husarz: sztuk jeden), obchodzili z daleka naszą drużynę. Nieztych zamiast na grzybach koncentrował się na insektach. A to zaatakowały go mrówki, a to jakiś zmutowany komar.

I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty… – przemknęła Doktorowi Leśmianowa fraza.

Nieztych krecił się, co jakiś czas zdejmował bluzę, sprawdzając, czy nie został pokąsany przez kleszcza. Nawiasem mówiąc owady, gdyby miały choć kroplę oleju w głowie, omijałyby go z daleka ze względu na opary alkoholu po wczorajszej, a może raczej także dzisiejszej imprezie. Oganianie się maczetą niewiele pomagało. Było za to wysoce ryzykowne ze względu na właściwości tnące kukri. Repelenty kleszczowo-komarowe z apteki były do niczego, ale tak miało być. Sympatyczna pani magister lojalnie uprzedzała, że im wolno sprzedawać tylko owadzią homeopatię, a prawdziwe środki można nabyć jedynie w dobrych sklepach wędkarskich lub marketach.

– Ja bym to wszystko opryskał, zaorał i obrzucił napalmem! – denerwował się Nieztych.

– Spokojnie, najpierw trochę pozbierajmy grzybków, a potem zrobisz, jak uważasz.

Nasz Doktor znalazł parę okazów podgrzybka brunatnego, jednego zajączka i sporo kurek, które w tym roku wyjątkowo obrodziły.

Nieztych, jak Wojski, zbierał muchomory… Nawiasem mówiąc, Wojski musiał być hipsterem.

Grzybiarze, którzy chyłkiem przemykali na horyzoncie, zaopatrzeni byli w koszyki wiklinowe lub reklamówki, a nawet torby szyte z materiału. I tak z grubsza przebiega typologia grzybiarzy. Inny podział uwzględnia zbieranie świeżych grzybów idealnych i nienaruszonych (to są grzybiarze puryści) oraz grzybowych padlinożerców, którzy zbierają także to, co porzucili puryści.

Jedni zbierają grzyby, lecąc przez las, jakby ich kto gonił. Dopiero w chwili spotkania pierwszego okazu przeprowadzają dokładniejszą inspekcję okolicy. Inni przeczesują runo centymetr po centymetrze, pomni zasady, że grzyby chowają się przed ludźmi.

Niektórzy zbierają, żeby zaraz zjeść, a nawet mają taki przymus. Są przecież gotowe do jedzenia surojadki, a i kurki można spożywać in situ. Inni przyniosą plony do domu, ale na tym ich rola się kończy. Nie obierają i nie jedzą. Zatrucia grzybami dotyczą tych pierwszych, a zaczynają się od późnego lata do Bożego Narodzenia, kiedy to pechowcy konsumują niejadalne, a ususzone grzybki.

A na synapsach iskrzy

W pewnym momencie Nieztych stanął słupka zupełnie jak wyżeł i nawet podobnie wyciągnął do tyłu zgiętą nogę.

– No to pora na Heine – zarządził.

– Medinę? – nie załapał Nasz Doktor

– Nie. Kena – rzucił Nieztych, uśmiechając się z politowaniem i z sakwy przy pasie wyjął dwie zgrabne puszki.

– Trzeba wspierać polskie huty aluminium, a poza tym strasznie chce się pić. À propos, impreza była niczego sobie.

– A były jakieś fajne koleżanki?

– Koleżanki, koleżanki – przedrzeźniał Nieztych. – Kolego, z takim nastawieniem w życiu nic nie osiągniesz. Po prostu stawiasz sobie cel, i nie ma tu żadnych koleżanek, tylko cel.

– A jaka jest geneza twoich sukcesów, jeśli to nie tajemnica oczywiście. Jeśli tajemnica, to również nikomu nie powiem. – Nasz Doktor gotów był przysięgać, bo czuł, że przypadkowo zbliżył się do zaginionej Arki.

– Tajemnica jest taka, że nie jestem wybredny – Nieztych zamyślił się, a błogi uśmiech rozjaśnił mu twarz. – Te brzydsze z reguły są milsze i też potrzebują męskiego towarzystwa. Poza tym nawet nie zaczynam z takimi, które nie są mną zainteresowane.

Nasz Doktor aż złapał się za głowę.

– Przecież to modus operandi pań. Tak pisały podręczniki szybkiego podrywu. Panie wybierają wśród mężczyzn, przez których zostały wybrane. Mogą grymasić i grymaszą. Innych zaś olewają!

– Co mnie to wszystko obchodzi – Nieztych wzruszył ramionami. – Póki to działa, to po co dorabiać teorie i statystyki? To nie medycyna rodzinna – dokończył nieco złośliwie.

Nasz Doktor przyznał mu rację.

Nasyciwszy oczy zielenią lasu i ponapawawszy się falującym przy każdym stąpnięciu mchem, trzeba było wracać. Na skraju lasu grzybowe łupy zostały rozłożone niczym pokot z polowania. Nie było tego wiele. Po krótkim namyśle, ale bez żalu grzyby zostały porzucone przy drodze. Może przydadzą się jakiemuś padlinożercy grzybowemu, żeby miał co okazać w domu? Wędkarze mają pod tym względem dużo lepiej. Odkąd sklepy rybne oferują świeżą rybę, można zniknąć z domu na parę dni, a potem kupić parę leszczy i „nieobecny usprawiedliwiony”.

Może nasze grzybki uratują czyjeś szczęście rodzinne? – pomyślał Nasz Doktor, dla pewności masakrując maczetą muchomory Nieztycha.

Dzień się dłuży

W poniedziałek rano Nasz Doktor dotleniony i z oczyszczonym umysłem przyjmował pacjentów. W głowie jeszcze szumiał mu las i słowa kolegi. Koło południa miał już na dzisiaj dosyć, a tu trzeba jeszcze parę godzin. W lesie musiało być teraz przyjemnie chłodno... A gdyby tak wypracować sobie taki wewnętrzny stabilizator nastroju jak kolega Nieztych? Gdzie by nie był, co by nie zrobił, zawsze opowiada, że go tam „wszyscy bardzo lubią”.

Jakby na potwierdzenie znienacka otworzyły się drzwi i stanął w nich Nieztych w stroju mocno wyluzowanym.

– Wiesz, potrzebuję recepty.

Nieztych jako szanujący się lekarz pracował tylko prywatnie i nie miał umowy na refundację leków, bo jak mawiał, ma swoją godność i nie będzie się z tymi chytrymi dziadami zadawał.

– Wczoraj byłem na poprawinach imprezy – ciągnął Nieztych. – Jak mnie tam wszyscy lubią!... Muszę tylko skombinować parę recept na grzyby.

Nasz Doktor znowu miał deja vu, że gdzieś już spotkał się z taką sytuacją i ogarnęła go pewność, że na swoje dobre samopoczucie trzeba sobie ciężko zapracować.

A więc do dzieła! Niech preskrypcja nam służy!

Rafał Stadryniak
internista

Słowniczek grzybiarza

Nieztych – doktor o godnym nazwisku magnackim, ale niestety niespowinowacony szlachecko mimo wyraźnego pokrewieństwa duchowego. Asertywny sybaryta obdarowany przez los pewnością siebie, co nieodparcie przyciąga ciekawskie z natury niewiasty.

Targowisko miejskie – miejsce, w którym grzybiarze sprawdzają, czy w lesie już pojawiły się grzyby. Całość działa wg zasady: nie ma grzybów na targowicy, nie ma w lesie; są na targowicy, być może są i w lesie.

Grzybobranie – stan ogólnego amoku spowodowanego napadem atawistycznego kompulsywnego zbieractwa.

Skutki uboczne – w wypadku grzybobrania przetlenienie mózgu, ale bez objawów tężyczki. Możliwy świąd po komarach oraz stały uraz kleszczopochodny. Obawa prze kleszczami (pajęczaki) mieści się w definicji arachnofobii.

Preskrypcja – przepisywanie recept, ale także nakaz, przepis urzędowy i... przedawnienie.
Nie mylić z proskrypcją ogłoszenie o wyjęciu spod prawa, ukaraniu śmiercią lub objęciu różnego rodzaju represjami przeciwników politycznych; w starożytnym Rzymie ulubiona forma pozbywania się konkurentów i pozbawiania ich majątków. Znalezienie się na liście proskrypcyjnej było wyrokiem.

 

Źródło ilustracji:
http://www.tapeciarnia.pl/tapety/normalne/179286_muchomory_w_trawie_zeschle_liscie.jpg
http://stary.etnobazar.pl/_var/gfx/8f76b95c2415573f80f23a241cab75e2.jpg