Międzygalaktyczny Konkurs na Miss/tera Gospodarności NFSZ

I feel that I am happier than I know. John Milton

Rafał Stadryniak = @Grypa

Pogoda w sezonie urlopowym była wymarzona, z tym że do odpoczynku, nie do pracy. Przez okno do gabinetu zaglądał Naszemu Doktorowi upał, który niemiłosiernie panoszył się na zewnątrz. Pracy nie brakowało, bo większość kolegów lekarzy pobudzona dobrą aurą zapragnęła naraz odpoczywać. Pacjenci zaś podczas kanikuły zwietrzyli swoją szansę na załatwienie wszelkich zaległości i walili tłumnie, na pewniaka. Pielęgniarki pracowały spocone z zaciśniętymi ustami, raz po raz domagając się a to założenia klimatyzacji, a to podwyżki...

Dobrodziejstwo strukturalizacji czasu

W sumie słusznie, od pracodawcy można się domagać wszystkiego, co innego jak by trzeba było założyć osprzęt u siebie w domu. Wtedy po kalkulacji, że takich upałów jest raptem tydzień w roku, a przyjemność klimatyzacji kosztuje i jeszcze zaziębić się można, wyszłoby, że „jednak nie”. Siostry, zwane popularnie pielęgniarkami, trochę się dąsały, trochę droczyły, że w takich warunkach nie będą pracować w Narodowym Systemie Opieki Zdrowotnej. Doktor uświadamiał je bez przekonanie, że nie pracują w systemie, tylko na system. Nie wszyscy jednak łapią te semantyczne smaczki i atmosfera ogólnie była duszna.

Nasz Doktor właśnie zażywał mikroprzerwy, której dobrodziejstwa odkrył dopiero po wielu latach pracy. Przeglądał korespondencję delektując się czymś, co mądrzy i dobrzy ludzie nazwali strukturalizacją czasu. Chodziło z grubsza o to, żeby nie rzucać się na oślep na życie, ale dzielić je na małe, strawne kawałki, a w ogóle robić to wszystko w pełni świadomie. Wtedy być może nie spotka człowieka dziwna sytuacja, że mając 90 lat nie rozumie, jak to całe życie tak szybko przeleciało przez palce i ewentualnie gdzie szukać winnych, bo chyba nie w służbie zdrowia...

A suka wyje...

Doktor był rozkojarzony od upału i niewyspany. Gdy w domu udał się na spoczynek, pies dziadka, a właściwie suka będąca w rui, zaczęła systematyczne wycie. Suka nazywa się Lora, na cześć bohaterek wielu amerykańskich seriali. Zapewne chodziło o Laurę, ale sami wiecie, oni tam, za wodą czytają inaczej, niż piszą. Bez względu na pisownię podniecone zwierzę głośno oznajmiało światu swoje uczucia. Spać się przy tym nijak nie dało. Nasz Doktor pomyślał sobie, że nocleg dla odmiany w domu, a nie na dyżurze, wcale nie jest gwarantem zdrowego snu. Po dłuższych męczarniach żona Doktora wyszła na balkon i coś powiedziała, albo i nie powiedziała, kobiety tak mają, w każdym razie zwierzę zamilkło na dobre.

Status koperty w medycynie

Wspomnienie nocnego wycia już się rozwiało i Doktor kontynuował przegląd korespondencji.

Doktor uwielbiał rozcinać koperty ząbkowanym nożykiem do listów, co dawało jakąś namiastkę pracy zabiegowców. Chociaż tyle, no i jeszcze cewnikowanie, dodał gwoli sprawiedliwości w myślach.

Koperty mają w medycynie szczególną pozycję. Oprócz kopert na karty pacjenta są też i te owiane złą sławą koperty, które Doktor znał jedynie z opowiadań starszych kolegów. Wkładane dyskretnie do kieszeni lub wsuwane do szuflady, ostatecznie kładzione na parapecie stanowiły element niewerbalnej komunikacji i być może wzbudzały lekki dreszczyk, jak znane i lubiane jajka-niespodzianki.

Te z ZUS-u, te z KRUS-u – bezmyślnie przekładał kolorowe koperty. O, a to z sanatorium od pani Zosi. Nasz Doktor zerknął zaciekawiony. Pani Zosia pisała, że wreszcie się najadła, wyspała, a nawet znalazła swoją drugą połówkę, czyli miłość.

Będzie na mnie, jak ta nowa połówka spotka się z tą starą, co została w domu… Nasz Doktor miał już złe doświadczenia w tym względzie. Czyja wina, że wygasły kominek zapłonął żywym ogniem? Tego, kto pisał wniosek do sanatorium...

Następna koperta zaadresowana konkretnie do Doktora pochodziła z NFSZ. Organizacja zajmowała się zatrudnianiem osób, ale jako działalność uboczną upatrzyła sobie kontraktowanie usług medycznych. Prawdopodobnie, bo nikt nie śmiał sprawdzić, skąd się wzięła, a zwłaszcza kto za nią stoi. Podobno pochodziła z zagranicy. Wszak mamy wolny rynek usług medycznych i trzeba się dostosować. Ktoś w końcu musi ogarnąć ten bałagan, stworzyć kolejki, rozdzielać pieniądze… Nazwa NFSZ była obca, nic niemówiąca, więc szybko rozszyfrowano skrót jako Niedo-Finansowanie Sektora Zdrowotnego.

Po sprawdzeniu koperty na obecność wąglika i paru innych brzydkich chorób, Doktor zagłębił się w lekturze pisma. Oprócz paragrafów przywołujących paragrafy, na końcu jakaś litościwa dusza napisała w krótkich żołnierskich słowach, żeby stawić się natychmiast na wezwanie NFSZ w dniu… zgodnie z ustawą o natychmiastowym stawiennictwie na wezwanie NFSZ… Spocznij. I wszystko jasne.

Pacjenci poczekają...

Ależ to jest właśnie dzisiaj i to już za dwie godziny! Tempus fugit. Trzeba rzucać wszystko na wezwanie chlebodawcy. No cóż, pacjenci poczekają. I tak nie ma innego wyjścia, najwyżej napiszą skargę do NFSZ, podsumował praktycznie Nasz Doktor, a wtedy… wtedy NFSZ mnie wybroni.

Nasz Doktor poczuł między wierszami, że sprawa jest albo kryminalna, albo polityczna, chociaż to w sumie wszystko jedno.

Poza tym strasznie zaswędział go nos. Może jednak coś włożyli do koperty, jakiegoś wirusa, pasożyta, szkło? Jeszcze raz sprawdził list i wykrył u dołu drobnym druczkiem dopisek, żeby być ubranym możliwie schludnie. Nie było czasu do stracenia.

Doktor złapał z wieszaka fartuch, którego normalnie unikał jak ognia i trzymał jedynie na wizyty pań z sanepidu, gdyż tylko wtedy widział radość w ich oczach. Po drodze zręcznie wyslalomował oczekujących pacjentów, unikając bodiczki od wytrawnych kolejkowiczów. Ci starzy wyjadacze i weterani NFSZ poczuli od razu, że Doktor im się wymyka. – Siła wyższa – rzucił za siebie jak granatem, wypadając na zewnątrz wprost na zalany słońcem parking.

Serce bije, Nieztych miga, jest też Pszczółka

Droga minęła niepostrzeżenie. Pod podanym adresem znajdowało się gimnazjum, takie na trochę przed remontem. Po chwili wątpliwości Doktor dojrzał jednak logo NFSZ naklejone niedbale na drzwiach. Nie było wątpliwości, że kolejny raz został precyzyjnie pokierowany przez, jak głosiła stała reklama NFSZ w czasie największej oglądalności TV, instytucję, która „Wie, co robi, bo robi tak od lat”. Czyli odwołuje się wprost do tradycyjnych paternalistycznych wartości, podsumował w duchu Nasz Doktor i z bijącym sercem przekroczył progi gimnazjum.

NFSZ400

Żeby widziała mnie teraz moja wychowawczyni, w tym lekarskim mundurku, byłaby dumna – rozkleił się trochę, ale nie było czasu na komunikację ze swoim id, gdyż zewsząd napływali kolejni wezwani, miętosząc nerwowo pismo z wezwaniem.

Mignął mu kolega Nieztych, jak zwykle w rewelacyjnym nastroju.

– No co tam u ciebie, bracie, bo u mnie istny bum na usługi zdrowotne.

– A u mnie bum-bum – odciął się bez przekonania, ale z godnością Nasz Doktor i ze zdziwieniem dostrzegł też nieco skwaszoną koleżankę ze szpitala, znaną w środowisku jako Pszczółka. I bynajmniej nie chodziło tu o jakieś aluzje damsko-męskie. Pszczółka ciężko zapracowała na swoje miano na dyżurach. Już około godziny dwudziestej zwykła zwracać się do współdyżurnego: Nooo, to co, ja już solidnie popracowałam i idę się położyć, a ty pilnuj oddziału. Wykapana pszczółka.

Dzień Sądu?

Zawezwani napływali tłumnie, z ulgą chowając się przed upałem. Wielu z zaproszonych nie wyglądało na lekarzy, a raczej na ich ofiary. Pani z temblakiem poszarzałym ze starości, pan z siatką leków. Ktoś kuśtykał o lasce, ktoś inny został wniesiony przez krzepkich pomagierów razem z krzesłem… Na twarzach będących w mniejszości lekarzy malowała się niepewność, a być może nawet strach przed rozpoznaniem. Czy tak będzie wyglądał Dzień Sądu? Pacjenci zaś spodziewali się raczej dobrej zabawy i nie pomylili się w swoich przypuszczeniach.

Ławki zapełniły się i nawet zaczęło brakować siedzących miejsc, tak że nieco spóźniony pan ordynator ze szpitala powiatowego przysiadł w tureckim siadzie tuż przy wejściu.

Nasz Doktor pomyślał nie bez melancholii, że gdyby frekwencja na wyborach do Izb Lekarskich wyglądała podobnie, historia świata mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej…

Wszędzie jest miejsce na szczęście

Zabrzmiał dzwonek na lekcję i pojawili się przedstawiciele NFSZ, nobliwie wyglądający pan, wyraźnie przewodzący całej urzędniczej grupie, oraz inni, ubrani z niedbałą urzędniczą elegancją. Zwłaszcza wyróżniała się młoda i wyraźnie rozrywkowo nastawiona pani, strzelająca dokoła oczami.

Głos zabrał Nobliwy i od razu nakreślił rys historyczny oraz zadania, cele i misję instytucji, „dla której mamy szczęście pracować”.

Podczas przemówienia Niezłych ożywił się i pożerał głodnym wzrokiem uroczą urzędniczkę, zresztą ze wzajemnością.

Nobliwy wreszcie skończył żegnany gromkimi brawami. Zwłaszcza ta część wykładu o prawach pacjenta i powinnościach lekarzy wzbudziła entuzjazm pośród pacjentów, którzy zanotowali odpowiednie paragrafy.

Nobliwy nudził, jak to się mawia, „z centralnego rozdzielnika”. Zmęczona po dyżurze Pszczółka wdzięcznie przysnęła, składając głowę na ramieniu Nieztycha. Ten zaś wpatrywał się nadal w Atrakcyjną, od czasu do czasu lekko mrugając.

Nobliwy w końcu się zmęczył i przekazał mikrofon atrakcyjnej urzędniczce, a ta pomijając zupełnie wątek historyczny, od razu ogłosiła rozwiązanie kolejnego Międzygalaktycznego Konkursu na Miss/tera Oszczędności NFSZ.

Zasady były proste i wyrafinowane zarazem. Należało tak leczyć pacjentów, żeby pozyskać ich wdzięczność, nie narażając NFSZ na koszty, a ściślej mówiąc, ponosić te koszty z własnej kieszeni. Jak dotąd doskonale udawało się to zwłaszcza pracującym na etatach, a nie udawało się prowadzącym własne NZOZ-y.

Najpierw wyczytano wyróżnionych i tutaj znalazła się nasza Pszczółka, która może i nie była specjalnie pracowita, ale za to zawsze dbała o to, żeby pacjenci wiedzieli, kto ich wyleczył. Miała też przypadkowo zawsze przy sobie ankiety do plebiscytu, które pacjenci odpowiednio pokierowani chętnie wypełniali. Mówią, że swojemu szczęściu trzeba pomagać i wiedzą, co mówią. Pszczółka wywołana na środek podziękowała na niespodziewany zaszczyt i obiecała, że jeszcze bardziej będzie się starać, żeby w następnej edycji konkursu uzyskać wyższą lokatę dzięki wsparciu pacjentów oczywiście.

Dym jak zwykle opada

Nasz Doktor, tak jak zapewne wszyscy, rozumiał, że każda działalność jest oceniana, chociaż perwersyjnie wyobraził sobie, jak by to było, gdyby pracę policji oceniali skazani, ukarani i uwięzieni…

Konkurs toczył się dalej. Główne nagrody zostały wzięte i nie był specjalnego zaskoczenia, bo dostały się „rutynowym laureatom”, czyli jak by powiedzieli w dochodzeniówce, etatowym podejrzanym.

Jedyną niespodzianką było wyróżnienie Nieztycha, który swój dyplom odebrał z wdziękiem, zaglądając przy tym do dekoltu atrakcyjnej pani urzędnik.

Gdy opadł dym i skończyły się ciasteczka, wszyscy rzucili się do wyjścia. Najbardziej zadowolony z plebiscytu był Nieztych. Na pytanie dlaczego ma tak nieprzyzwoicie rozanieloną minę oświadczył, że dostał telefon od Atrakcyjnej i już zaprosił ją do siebie na kontrolę. Podobno kontrola ma być bardzo szczegółowa, zwłaszcza w sprawach dotyczących tablicy ogłoszeń i utrzymania czystości.

Tu Niezłych uśmiechnął się szelmowsko. Za nim szła Pszczółka, przyciskając dyplom uznania do piersi.

Naszemu Doktorowi zostało tylko wezwanie z NFSZ, ale pocieszał się, że byli i tacy, którzy nawet tego nie zaznali.

Nie ma to jak mikrodrzemka

Była jednak pewna rzecz, która drażniła i nie dawała spokoju. Po kilku przymiarkach Nasz Doktor kichnął na szczęście i… się obudził z mikrodrzemki z głową złożoną na stosiku kopert.

Ta mikrodrzemka, będąca owocem całych lat treningu w niedosypianiu, była naprawdę przerażająco realistyczna. Błyskawicznie przeszyła go myśl, że Niezłych nie będzie miał umówionej kontroli, Pszczółka dyplomu, a on sam musi poprosić żonę, żeby już z wieczora umawiała się z Lorą na niewycie…

Tekst i zdjęcie
Rafał Stadryniak
internista

PS Ponieważ nie dysponujemy wystarczającymi narzędziami do wiarygodnego odróżniania snu od jawy, a szczypanie jako metoda walidująca stan umysłu nie jest obecnie polecana, Nasz Doktor postanowił nie zawracać sobie głowy takimi filozoficznymi duperelami, tylko zarówno we śnie, jak i nie śpiąc, wykonywać należycie swoje obowiązki, wspomagając się mikrodrzemkami.  R.S.

 

Śniła mi się we śnie rzeczywistość. Z jaką ulgą się obudziłem.

Stanisław Jerzy Lec