Nasz Doktor leczy rany

Rafał Stadryniak = @Grypa

donkichotttmini

Pacjentka, co chce specjalisty

Pacjentka, która przybyła dziś osobiście do przychodni, była zdenerwowana. Po pierwsze, że musiała osobiście, gdyż zawsze wystarczało podesłać babcię, dziarską emerytkę albo dziadka z laską inwalidzką, która otwierała wszystkie drzwi, żeby „przedłużyć leki”. Nasz Doktor zastanawiał się przez chwilę, czy przyszłe pokolenia, jeśli takie się pojawią, rozwiążą tę łamigłówkę językową: przedłużyć sobie leki. Kojarzyło się to jak najbardziej z przedłużaniem życia i innymi przedłużeniami, czyli w sumie pozytywnie.

Wracając do zjawiskowej pacjentki. Po wtóre nerwowość, udzielająca się zresztą personelowi przychodni, pochodziła z troski o własne zdrowie. To akurat należy pochwalić.

Nasz Doktor pochylił się nad problemem z wystudiowaną skrupulatnością. Lata pracy nauczyły go, że mały teatr nie zawadzi, mimo że sprawa jest z gruntu oczywista.

– Co my tu maaamy – mruczał do siebie, oglądając małą rankę pod kolanem, zgrabnie złapaną w połowie jednym szwem.

– A mamy, mamy – przedrzeźniała pacjentka – potrzebuję szybko skierowania do specjalisty na usunięcie szwów!

– Na szczęście jest tylko jeden drobny szewek, który zaraz, o tymi rączkami, usuniemy –Doktor przypomniał sobie, jak onegdaj pociągnął za jakąś wystającą nitkę z pufy, która nie dawała za wygraną. Okazało się, że spruł nowy sweterek, który małżonka po kryjomu, jak jakaś Penelopa, dziergała od roku. Ale była awantura...

Jak wtedy dałem radę, to i tę nitkę wyciągnę – głos wewnętrzny dodawał otuchy. Z samozadowolenia wyrwał Doktora zdecydowany głos pacjentki.

– Ale szew zakładał mi specjalista i chcę na zdjęcie szwu też do specjalisty!

Doktor rzucił przelotnie okiem na wypis z SOR-u. Szył stażysta, ale na pewno dobrze się zapowiadający.

Nie mając ochoty dyskutować z niewiastą na temat „kogo (co) nazywamy specjalistą”, Doktor po prostu wypisał minimalistyczną karteczkę-skierowanie i poradził, żeby w poradni chirurgicznej ranna pod kolanem poszukała lekarza o podobnych kwalifikacjach co szyjący.

A swoją drogą jak to było kiedyś, kiedy nie czaił się na każdym rogu specjalista z nitką i igłą, gotowy przyszyć wszystko do wszystkiego. Ludzie jakoś przeżyli, nie wyginęli. Ci, co przeżyli, obecnie bałwochwalczo oddają cześć specjaliście. A przedmiot kultu jakoś się nie broni.

Pacjentka zamiast zwykłego dziękuję powiedziała tylko „No!”, takie dyzmowe „No!” i wyszła. A za nią wyszły pieniądze…

A telefony dzwonią

Doktor nawet nie zdołał pozbierać myśli na wypadek, gdyby zaraz weszła kolejna pacjentka do zdjęcia szwów, gdy rozdzwoniły się telefony. Sygnał błądził po całej przychodni, aż wreszcie ktoś odebrał i przełączył do Doktora. Dzwoniono jak zwykle z banków, oferując kredyty dla lekarzy na preferencyjnych warunkach. Nasz Doktor jak usłyszał te frazę pierwszy raz, pomyślał naiwnie, że może nie trzeba będzie spłacać. Ale skąd. Trzeba. Przynajmniej jestem jakimś materiałem na kredytobiorcę, mimo że odsetek nałogów i samobójstw jest wyższy w populacji lekarskiej niż średnia krajowa, a i życie krótsze.

Kolejny telefoniczny molestant roztaczał wizję pieniędzy, które spłyną bez poręczycieli, z prostego faktu posiadania prawa wykonywania zawodu. Tu Doktor pomyślał z wdzięcznością o ZUS-ie, który policzył lekarzy i nadał im numery. Żeby przerwać tę telefoniczną litanię przyszłych zysków i profitów dostępnych tylko dla lekarzy, a szeptanych do ucha, Doktor bardzo grzecznie umówił się na rozmowę jutro albo za rok.

Cóż, kiedy telefon ani myślał odpocząć. Za bankowcami odezwali się producenci i dystrybutorzy win. Żeby się odczepili, trzeba było zamówić tzw. skrzynkę powitalną. Wciskający alkohol przez telefon jeszcze długo mogliby zachwalać różne bogate bukiety, gdyby doktor nie zaczął się dopytywać o zawartość izotopu C14 w oferowanych cudach. Telefony powoli uspokajały się. „Winowajcy” (nomen omen), zanim zorientują się, że ta podpucha z izotopem węgla dotyczy tylko weryfikacji starych roczników, na razie odpuszczą. Dla szczególnie namolnych telewiniarzy Nasz Doktor przygotował tekst, który z reguły sprawdzał się w praktyce. Oświadczał, że niestety nie może zamówić paczki doskonałych win z RPA, bo właśnie wychodzi z nałogu. Może później, jak już wyjdzie, to zamówi. Tylko raz zamiast grobowego milczenia padło ze słuchawki zduszone: a może w takim razie mała kratóweczka dla żony…

Straszna rzecz taki telefon. Jak już go masz – odbierasz niejako z automatu. A tam cuda różnej treści. I do tego podsłuchują, nagrywają. No, może mnie, szaraka z POZ nie nagrywają, uspokajał się Doktor. Kim jestem, żeby wzbudzać zainteresowanie sił zwierzchnich. Muszę skończyć z tymi telefonami w pracy. NFZ wszystko widzi i żąda całkowitego skupienia i poświęcenia 100% uwagi chorym.

Gwoli sprawiedliwości telefon służył też uspokajaniu pacjentów z załamaniem nerwowym po przestudiowaniu ulotki leku, dyskutowaniu na temat efektów prokinetycznych śliwek suszonych i omawianiu aktualnych pomiarów glikemii w kontekście kompozycji śniadania etc.

Służba nie drużba

Co bardziej kreatywni pacjenci dzwonili, żeby przygotować im skierowanie do specjalisty, to sąsiad wpadnie po kartkę, a oni już zajmą sobie kolejkę. Nasz Doktor dokładnie wiedział, że ten sposób działania nie prowadzi do niczego dobrego i niezmiennie zapraszał w gościnne progi przychodni osobiście, na co pacjenci niezmiennie reagowali sarkaniem na służbę zdrowia. W sumie słusznie. Na służbę trzeba narzekać, a czasami nawet ręka może polecieć, ot tak – profilaktycznie i edukacyjnie. I służba powinna być za to wdzięczna. Nie żeby zaraz syndrom sztokholmski, ale żeby znała swoje miejsce w łańcuchu pokarmowo-usługowym.

W trakcie takich pouczających rozmów Nasz Doktor zauważał upływ czasu na swoich pacjentach. Było to bardzo kształcące. Wczorajsi oseskowie okrzepli, pozakładali własną działalność i dzisiaj stawiali twarde warunki: kłócili się i obrażali na służbę zdrowia, grymasili na wszystko, słowem wyrośli na dorosłych pacjentów.

Telefony wreszcie oniemiały.

Byle do wesela!

Następny pacjent z kolejki też był ranny, a raczej wieczorny. Po ciężkim grillowym dniu wyrżnął głową o jakąś gałąź czy inną złośliwą przeszkodę. (Tutaj nie było zgodności, co to było). Rana nie była za duża.

– Do wesela się zagoi – tradycyjnie podtrzymywał rozmowę Doktor.

– Ale to już za dwa tygodnie.

– No cóż, nie można zaprzeczać faktom. Rana na czole pozostanie, to minus. Ale za to jest w kształcie krzyża, to plus.

Pocieszony pacjent podziękował za konsultację, upewniwszy się wpierw, czy nie trzeba rany prześwietlać, robić tomografii i konsultować specjalistycznie.

Antybiotyk na meszki

Kolejna pacjentka z raną kąsaną od meszki i śladowym obrzękiem była bardzo zdziwiona, gdy Doktor polecił leki bezreceptowe.

– To po co ja tu przyszłam? – zastanawiała się głośno pogryziona. – Mogłam iść do apteki i też by coś dali.

– Też by coś dali – powtórzył jak echo Nasz Doktor.

– A może wypisać antybiotyk, doktorze...

Echo, które czasem pomagało Doktorowi, ucichło.

– A może nie? – zaryzykował Doktor, chociaż widział w oczach pacjentki determinację. – Antybiotyki nie działają na meszki.

Ale pacjentka już nie słuchała. Z godnością pozbierała swoje rzeczy i opuściła gabinet, a jej ciało krzyczało bez słów: nie, to nie!

Ostatnio Doktor miał sensacyjne skierowanie na SOR, gdzie lekarz kierujący rozpoznał „zapalenie żyły podobojczykowej”. Rozpoznanie z grubej rury. Faktycznie, gdzieś nad obojczykiem widniał ślad po ukłuciu komara i niewielki obrzęk. No, ale co było robić, pacjentka musiała zostać oficjalnie skonsultowana, a nawet dostać na piśmie opis całego zdarzenia, leczenia, procedur. Po czterech godzinach wyszła ze szpitala wybadana i szczęśliwa.

Niedługo dojdzie do tego, że pacjent nie poradzi sobie sam z małym bąblem i nie będzie potrafił się samodzielnie wysikać bez pomocy służby zdrowia. I nie chodzi tu o pacjentów z przerostem prostaty – smutno podsumował na głos. – Gdyby tak te wszystkie konsultacje kosztowały, ludzie nagle nabraliby rozsądku…

Potem było już tylko lepiej

Przyjechała pacjentka, której po pobycie w klinice zagoiło się permanentne owrzodzenie pożylakowe. Zastosowano klasyczną i skuteczna metodę, a mianowicie „niechodzenie”. Wiadomo, że nogi nie lubią, jak się na nich stoi. Dodatkowo zmotywowano pacjentkę powtarzanym przy każdej okazji sloganem: „Jak cię zobaczymy na chodząco, wylatujesz z kliniki”.

Efekt leczenia utrzymywał się już kilka tygodni. Pacjentka pytała się, czy może chodzić.

– Tu nie klinika, tu miasto prowincjonalne, tu wszystko wolno – zapewniał Doktor słowami, które chciała usłyszeć pacjentka.

Podbudowany jawnym sukcesem medycyny Nasz Doktor zakończył przyjmowanie na dzisiaj. Wrzucił graty do przepastnej torby lekarskiej i udał się w niewiadomym kierunku, czyli… na dyżur. Czuł się dziwnie lekki. Może sprawiło to poczucie dobrze wykonanej pracy, a może miał lekką głupawkę po kontaktach z właścicielami ran? W duszy coś mu grało i śpiewało. Tuż przed wejściem do Szpitala mimowolnie wykonał bocznego kozaczka. Były oklaski. Ktoś rzucił monetę. Nie trzeba, nie trzeba, krygował się Doktor, ale skwapliwie schował złotówkę na szczęście.

Pacjent łaknie dobrego słowa!

Na dyżurze internistycznym nie było rannych w sensie dosłownym, ale pacjenci zagubieni w czeluściach medycznego molocha potrzebowali informacji o swoim stanie i wsparcia.

Kojąco działało potwierdzanie terminów zaplanowanych badań. Odczytywanie z historii choroby ostatnich wyników i tłumaczenie, co one oznaczają, było lekiem na całe zło. Nasz Doktor wiedział, że pacjenci pytali o to samo lekarza prowadzącego jeszcze dziś rano i każdą osobę w białym fartuchu, która się nawinęła, ale traktował to jako część gry. Gry w leczenie. Wiadomo, zadowolony pacjent zdrowieje szybciej. No, chyba że spodziewa się najgorszego, a tu lekarze jak na złość mówią, że jego stan jest świetny, a badania wychodzą koncertowo. Wtedy wiadomo – dobra wiadomość jest złą wiadomością.

Nasz Doktor przeszedł się po oddziale, robiąc krótki wieczorny obchód. Z masy pacjentów wyłapał grupę dziewięćdziesięciolatek, dla których obecny pobyt był pierwszym w życiu doświadczeniem szpitalnym. Inni pacjenci z podziwem patrzyli na rześkie staruszki, które swoją pogodą ducha i sprawnością fizyczną plasowały się grubo powyżej średniej krajowej i bardziej pasowały do populacji Okinawy niż do polskich warunków. Niestety, chyba geny długowieczności nie dziedziczą się w sposób zbyt dosłowny. Seniorki pochowały swoje dzieci i teraz tylko wnuczki dopytywały się o ich zdrowie.

Leczenie niekonwencjonalne

Tymczasem na SOR-ze zapanowało poruszenie. Każda z istniejących karetek pogotowia przywiozła po jednym chorym i nagle zrobił się tłok. Najwięcej zainteresowania budziła pacjentka z ogromną raną nogi, a właściwie czystymi kośćmi podudzia wystającymi spod piżamy. Pacjentka ta, szeroko znana poradni chirurgicznej, nie godziła się na radykalny zabieg amputacji. Ogromna martwica nogi nie miała szansy na wyleczenie, ale rodzina nie pogodziła się z takim rozpoznaniem. Szukała sposobu i znalazła. Zamówiono przez internet larwy much do oczyszczania ran. Pierwsza partia dostarczona kurierem niestety nie przeżyła transportu. Dobrze, że wykonywał go prywatny dostawca, a nie pogotowie – pomyślał Nasz Doktor. Kolejna spedycja „robaków” powiodła się, a efekty naturalnej mikrochirurgii były widoczne w postaci bielejących kości podudzia przyrzuconych kocem.

Rodzina chyba miała już dosyć eksperymentów i zdawała się na wyroki oficjalnej medycyny.

Nieztych powraca

Biegnąc na oddział, Nasz Doktor zderzył się u szczytu schodów ze swoim oryginalnym kolegą, Nieztychem, Johnnym Nieztychem. Bo nie z tych i nie tamtych magnackich rodów, ale jednak szlacheckie nazwisko i maniery. Jak zwykle świeży i ubrany wg najnowszych przykazań mody, stanowił zaprzeczenie archetypu lekarza pokutującego w społeczeństwie. Wypasiony, wypoczęty, uśmiechnięty i nieco bezczelny stanowił niedościgniony wzór dla wielu. I nieustannie intrygował żeński personel.

– Co u ciebie? – rzucił Doktor, pokonując ostatni stopień i unikając zepchnięcia dla żartu ze schodów.

– A wiesz, widziałem wczoraj na mieście Jennifer Lopez. Jeszcze pół roku temu postawiłbym jej piwo, ale teraz skończyło się na autografie.

– Masz jej autograf?

– Skąd, dałem swój – tu Niezłych skromnie spuścił wzrok.

– Tak trzymaj. W razie czego mogę powoływać się, że jestem twoim kolegą?

Nieztych łaskawie skinął głową, jednocześnie przerzucając całą swoją uwagę na przechodzącą stażystkę.

Doktor w jacuzzi, a rany goją się same

Po dyżurze Nasz Doktor postanowił odpocząć psychicznie, a jak wiadomo na odpoczynek psychiczny najlepsze jest zmęczenie fizyczne. Instynkt zwiódł go na basen, a następie do jacuzzi. A tam jak zwykle było śmiesznie, bo zapomniał okularów korekcyjnych.

Jakaś niewiasta w ogólnej ciasnocie zaczepiła Doktora:

– Dzień dobry, nie poznaje mnie pan?

– Dzień dobry, jak trzeba, to mogę poznać.

Nazajutrz w przychodni młoda i dziwnie znajoma pacjentka na odchodne rzuciła.

– A ja byłam z doktorem w jacuzzi.

Hmmm, każdy tak mówi, pomyślał Nasz Doktor, przyrzekając solennie zabierać na basen okularki. Na wszelki wypadek zgrabnie wrócił do „tu i teraz”, pytając o obecne dolegliwości.

– Mam w żołądku jedną wielką ranę – pacjentka pogłaskała się po brzuchu.

– No to na co czekamy, leczmy, bo jeszcze trochę i samo przejdzie. Przepiszemy coś skutecznego, niedrogiego i już niedługo zapomni pani o żołądku.

Stan chorej nie budził wątpliwości, ale jak pacjentka przyszła do gabinetu, to musi wyjść z receptą. Nasz doktor jakby na przekór przypomniał sobie passus z Chirurgii prof. Górala. „Mimo że od starożytności ludzie stosowali na rany różne specyfiki, lali roztopiony ołów i przykładali łajno krokodyla, rany goiły się same”. Maksyma nie straciła nic ze swojej trafności. Co prawda dziś trudno o owe historyczne medykamenta. Są inne, stosownie do postępów nauki i co tu kryć, do współczesnej mody. A pacjenta nie zawadzi na wszelki wypadek pogłaskać. Będzie się lepiej goiło. I jak mawiają bardzo doświadczeni lekarze, czasem samo głaskanie wystarczy za wszystkie leki.

Kto płaci, ten szybciej zdrowieje!

Nasz Doktor, nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie też przy okazji inne powiedzonko, które lansował na przełomie wieków XVI i XVII Matthew Priori:

„You tell your doctor that y’are ill

And what does he do but write a bill?”

Sporo się od tamtego czasu pozmieniało. Jedno pozostało niezmienne: jak się zapłaci za usługę, to i człowiek zdrowszy i bardziej szanuje.

Nasz Doktor doświadczał boleśnie zaburzenia tej świętej więzi między lekarzem i pacjentem. Obecnie jako Świadczeniodawca musi postępować zgodnie z wytycznymi monopolistycznego pośrednika, który zabiera pieniądze od chorych i zdrowych, a następnie płaci lekarzom według sobie tylko znanych zasad.

A głaskanie?

W takich warunkach odechciewa się głaskania, które, jak wiemy, jest podstawą leczenia…

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen